szkolne
"uczeń to nie wróg, to inteligentny przeciwnik"

Maluchy laską niejako

że dziwny tytuł? A co można mówić o sytuacji, w której jest podejrzenie, iż wejście sześciolatków w obowiązek szkolny jest tylko załatwioną potrzebą załatania dziury w układzie emeryci - grupa pracująca i płacąca podatki? Dlaczego, mówiąc o prawach dziecka, posługujemy się jednocześnie metodą skracania mu dzieciństwa? Pytanie, do jakiego wieku dojdziemy ostatecznie? Czy za jakiś czas nie będzie tak, iż pedagodzy dojdą do wniosku, iż to pokolenie zostało wmanipulowane, wkręcone w fałszywą wizję mądrych, ale sfrustrowanych bez pracy? Czy to nie chodzi znowu o nasze, pieniądze, o pretekst, żeby można było płacić pensje? W dydaktyce aby to zrealizować, trzeba uczniów. Uczonych jakkolwiek, najlepiej - wielu. Że jakkolwiek to nieprawda? A w ilu szkołach przemycani są pseudonauczyciele, nieudacznicy, będący zagrożeniem dla dzieci? Ci ludzie myślą wyłącznie o sobie. To przeszkoda, którą powinno się eliminować. Ale oni tkwią w strukturach i udają, że lubią.

Niestety, to, co było tutaj, zniknęło. Jest jedynie resztka – dowód na to, że coś było. Strona, okazuje się, była tylko projektem, na którym wielu ludzi uwieczniało swój stosunek do świata nauki, szkoły, sposobów zachowania i dzieci i nauczycieli. Pokazywała prawdy doświadczone. Zniknęła tak, jak się pojawiła. Za pstryknięciem palców. Szkoda, że tego nie przewidziałam. Można było przenieść całość do innych zasobów… Bo było ciekawie.

Pamiętam,, jak tam pisałam o podręcznikach, które pojawiają się teraz jak grzyby po deszczu, jak są powielaniem innych podręczników i docierają do szkół w dwupakach, np. z tablicami elektronicznymi, które do dzisiaj niewielu nauczycieli jest w stanie obsłużyć, pomimo, że wkracza do szkół tabun dzieci w przedszkolach do tego przygotowywanych. Temat dotyczył praktyk niezgodnych z etyką. Odniosłam się też do samego wejścia do szkół dzieci najmłodszych, pisałam o nieprzygotowaniu i szkół, czego marny fragment pozostał w moich zasobach:

Szkoła – kontrowersyjne propozycje odnośnie „niesamowitego odkrycia” zdolności dzieci w wieku 6 lat, mają zaowocować ustanowieniem obowiązku uczenia się ich w szkołach. Dlaczego aż tak? Można by (…) za dzieci skarżą się mamom na to, iż nie dla wszystkich wystarcza tego skrawka na skromniuchnym (…) matki pytają również, dlaczego niby granicą mądrości ma być 6 lat, a nie 5, 4, 3 itd. Zapytam ciekawiej, dlaczego rząd nie odbiera nam dzieci wzorem mędrców Sparty? Mógłby decydować o losach takiego dziecka, trzymałby (…) że dopiszę w skrócie - wszystko pod kontrolą, ustawiałby je  w kierunku oczekiwanym, decydowałby o zdolnościach, że powiem, iż wreszcie zrobiłby z niego robokopa pracującego ku pokrzepieniu serc gwardii starej i rządzącej. Dziś dodam jeszcze, że wraz z przybyciem maluchów sześcioletnich do szkół, jednocześnie myśli się o likwidacji gimnazjów, choć ta idea jest, póki co, tylko zarysowaną luźno. Czy chodzi tu o odsunięcie nastolatków, rozkapryszonej dziatwy, zmanieryzowanych młodocianych, żyjących na granicy marginesu społecznego; narkomanów i palaczy, od świeżej grupy, którą przed tamtymi należy chronić czy chodzi raczej o tamtych przerzucenie w jej większej sile do zawodówek?  A może chodzi o jedno i drugie? O pracowników już i to szybko, wdrażanych do pracy, aby starsi mieli za co żyć? Do tego wszystkiego zaplecze się dopiero dostosowuje i te małe dzieci przebywają po lekcjach w świetlicach ze staruchami, tymi już wdrożonymi w zło. Czy da się je od nich izolować? Czy nie staną się dziećmi porzucanymi, zapomnianymi wraz z wiekiem? To się  okaże w miarę ich doroślenia.

Powyższe to pytania, które można było zadawać sobie przedtem. Teraz jest jakość zadana i realizowana.

Przybycie maluchów do szkół stało się faktem. Trzeba więc przedstawiać rządzącym i fakty zastane. Pierwszym jest zagrożenie; zagrożenie życia i zdrowia; zdrowia fizycznego i psychicznego.

Zagrożenie spotkania ze starszymi, jakby nie było, zdegenerowanymi kolegami z klas wyższych jest obecnie odsuwane poprzez umowę szkoły z opiekunami, że ci ostatni odbierają maluchy zaraz po zakończeniu jakichkolwiek zajęć, czyli albo wprost z korytarzy albo ze świetlicy, gdzie nie ma już takiej mieszanki wiekowej oraz poprzez rozregulowany system dzwonków; inny dla starszych i inny dla maluszków.

To teoria, bowiem,

po1. dzieci w większości mają jakieś tam rodzeństwo starsze o nieustalonych do końca znajomościach,

po2. świetlice czy izby klasowe nie posiadają ani swoich sanitariatów ani  odrębnych korytarzy,

po3. najzacieklejsi zwolennicy zmian powiedzą, iż nawet, jeśli chronić dzieci przed niewskazanymi kontaktami, to i tak zetkną się z patologią na przysłowiowym podwórku.

To tłumaczenie nie chroni jednak przed błędem przenoszenia wychowania z przedszkola na szkołę.

Dziecko traci przecież rok z kształcenia umiejętności wysławiania się i choćby utrzymywania w ręce widelca, chwytania czy sterowanego rzucania, ubierania się na czas czy przemyślanego, uzmysłowionego, działania w kierunku swojej ochrony; mienia czy zdrowia.

Traci rok z uczenia się logiki postępowania, akcji i reakcji, świadomości co do środowiska, miejsca przebywania, nieokiełznanego, ale jakże potrzebnego dla rozwoju własnego i myślenia twórczego teoretyzowania, tworzenia i zaznajamiania się z własnym ciałem i potrzebami swoimi i środowiska, z własnymi lękami i fobiami. 

Jego rodzina traci rok na to samo uświadomienie i pozbycie się ich (tych fobii) w spokoju. Na wszystko potrzebny jest czas.

To, że teraz, w niektórych szkołach, istnieją świetliczanki – logopedki, to bardzo dobrze. Ale… ile z dzieci, tych, poza świetlicą, trafi do kogoś takiego, zanim do zaistnienia takiej potrzeby  dojdzie nauczycielka, ogarniająca trzydziestkę maluchów? Ile młodych, dziarskich świetliczanek będzie mogło prowadzić i logopedię i angielski i zna się zarówno na matematyce i polskim? Czasem pań takich jest kilka, ale to tylko wyjątki. Póki co, maluchy przynoszą nawet dziś błędnie odrobione ze świetlic zadania domowe i cóż z tego, że robią je pod niby to bacznym okiem fachowca? Że to, póki co, łatwe zadania? A czy znajomość rzeczy oznacza automatycznie zdolności w ich tłumaczeniu? Rodzice tego się uczą w miarę wzrastania dzieci w domu a pani ze świetlicy czy klasy ma dzieci przelewanie się. Czy jest na to przygotowana? A, jeśli się zdarzy jakieś nieszczęście, bo się dziecko zapomni, to co? Pani w klasie czy pani ze świetlicy mu w tym pomoże? A jest do tego przygotowana tak, jak przedszkolanka? A nie reaguje w większości wypadków ośmieszeniem, zaakcentowaniem?

Automat w klasyfikowaniu dziecka do szkoły jest zatem niesłuszny z założenia. Dziecko dziecku się nie równa. To nie zwierzątka przeznaczone do chowu i ubicia a ludzie rozpoczynający swoje dorosłe (!) życie. Załóżmy jednak, ze wszystko gra, czyli porozumienie istnieje, co zauważam w znacznym procencie w klasach 1-3 od lat. Procent pozostały, jest, powiedzmy, błędem założonym, związanym z jakąś patologią. Czy jednak dzieci te, jak wspomnieliśmy różnie przygotowane do siedzenia na twardym krześle przez 45 a może nawet - 25 minut (jeśli tak jest) z krótkimi przerwami na to samo nie wymagają czasem odpoczynku,  bo „padają na twarz”? I co wtedy? „Pani” pozwala na to? Nie wyobrażam sobie tego, bo już w przedszkolu bywają rozmowy na temat niemocy, kiedy jedno czy dwoje dzieci jest zbyt ruchliwe. A maluchy nie ukrywają swoich emocji. Jeśli dostały się do szkoły, one dopiero tu, w szkole zaczynają się ich uczyć: okłamywania, skrywania, niedomówień, podstępu i walki o władzę, wymuszania i kradzieży… Sześciolatek staje się dorosły, bo świruje wcześniej. Czy wspomniana pani jest w stanie takie dziecko przyłapać, nauczyć, przy trzydziestce "żyworodków" rzetelnie zdiagnozować sytuację? Że dzieje się tak i w przedszkolu? Tak, ale dzieci mają tam czas na zweryfikowanie swoich emocji i działań, cały rok weryfikowania, błądzenia. W szkole powinny już to umieć. A tu zostają  z problemem same. Przecież na lekcji nie ma czasu na rozmowy, dyskusje, opracowywanie problemu. To pozostawia się rodzicom, często zaganianym i z setką innych spraw. W szkole się to nagłaśnia, wytyka a reszta dzieci staje się sędziami, okrutnymi do bólu.  Pani to nie niepokoi. Ona ma na głowie większość.   A tu dziecko zgubiło (już w tym wieku) zeszyt, podrapało celowo lub przez przypadek koleżankę, nie ma w czym wyjść na boisko, zostaje za karę w szkole, pani kazała przyjść rodzicom, zainteresował się już psycholog, dziecko ma kociokwik…

Ludzie! Sami sobie nakładamy rok wcześniej takie jarzmo. To jarzmo nieudaczników, którzy próbują nas wciągnąć w swoje ważności poprzez nasze dziecko. Miało być fajnie, dziecko wesołe, chętne, a tu okazuje się, że ktoś je skrzyczał, ktoś inny kopnął, zadrwił, zrzucił ze schodów, wyśmiał… Niekoniecznie poznało, co to asertywność, ten etap poznawania oddaliśmy szkole. A ona żąda umiejętności gotowej; wiązania sznurowadeł, pisania w jednej linijce, sztampy i zasad. No nie! To przecież jak z palcem i obgryzaniem całej łapy! Mówili, że dogadają się, a chwyciwszy w sieć, tylko żądają. Ci rodzice i tak mają lepiej, niż rodzice dzieci starszych: je przyzwyczajano do nowych uzależnień od przedszkola, bo już od jakiegoś czasu nalegano na  spotkania imieninowe, urodzinowe swoich i obcych dzieci, przy okazji na spotkania przede wszystkim - matek, przymuszano niejako do opłacania zdjęć w ramkach w różnych pozach zrobionych przez zaprzyjaźnionego z przedszkolem fotografa i biedny rodzic na wszystko się godził. Płacił i wciągał się w narzucaną mu społeczność. Jakże mogło być inaczej - na zdjęciu swój bobas, pięknie uśmiechnięty, dziecko chce, jak inne, mieć też to samo... No, ostatecznie małe godzi się na zdjęcie jedno... Wykorzystywanie niezrozumienia sytuacji, naruszanie etyki... Jakże wiele dyrektorek przedszkoli a i szkół (zwłaszcza kobiet!) narusza jakiś niepisany paragraf obyczajowy... Łase na śliczne oczęta oferentów?

No to teraz o oferentach. Z tym stało się na tyle źle, że zaczyna sie grzmieć oficjalnie. I dobrze. Dotychczasowe i te drobne wymuszenia, jak przy zdjęciach stały się tylko niegroźną plagą, bo przebija je coś innego. Jest to wspomniany dwupak i podręcznik. Ten ostatni okazuje się być podobnym śmieciem do tych, jakie oferują lekarze po spotkaniu z oferentem właśnie . W szpitalach, przychodniach chodzi o gadżety lub próbki leków, w szkole chodzi głównie o podręczniki. Głównie, dlatego, że bywa, iz nagle rodzice "mogą" kupić jakąś nowość - rzecz nieodzowną nagle do nauki.  Jest to kawałek drewna albo brulionu - pomocy dydaktycznej, potem wcale już niepotrzebnej i zapomnianej. Książka jednak to duża sprawa. Każde dziecko potrzebuje podręczników przynajmniej parę; od tego, od tamtego... Książka jest ważna.  Nieważne, jak pisana, ale skoro poleca "taka paaaani", to trzeba kupić.  W szkole pojawiają się różne bądź takie same - "ważne podręczniki". Po jakimś  czasie okazuje sie, że albo powielają treści albo są zupełnie niezrozumiale. Dzieci nie chcą czytać. Marudzą. Nudzą się nimi. Pewnie to wina dzieci... Nie rozwijając dalej tego tematu, widzimy, ze maluchy zostały jednak wmanewrowane w układy, układziki, w złe nawyki, zabrano im to, z czym przyszły - szczerość intencji. Ileż to razy jeszcze potem ockną się i zobaczą, jak wredny jest ten świat, który wydawał się być kiedyś tak ciekawy... z daleka...

Krzesława T. Skrzypczyńska

banner krzysi

łaska = przyrząd do podpierania się w przypadku, kiedy zawodzą nogi

Czy w tym wypadku zawiodła podstawa myślenia?

Zawiedli ci, którzy stali niby twardo na ziemi i ich jedynym zadaniem były ustawy?

picture

wiem, o czym piszę

w tym zawodzie spotkałam paru wariatów, paru cwaniaków i jedną, ale pewną siebie  osobę z przypadku. Nie wiem, jak sie tam znalazła. Wiem, że takie historie działy się, kiedy szkoły przenosiły swoje siedziby. Ginęły dokumenty, pojawiali się dziwni ludzie. Wspomniana nie dostosowywała się nawet do zaleceń dyrekcji, nie uczyła niczego, bywała na jednym rodzaju lekcji i nazywała się wychowawcą. Uwielbiała zajęcia indywidualne, udawała zajęcia wyrównawcze,  które nazwałabym indoktrynacją z czasów niszczenia za komuny . Miała silne nazwisko, bardzo silne, podobne do mocarza.

Co ciekawe, ci ludzie zwykle po jakimś czasie bywali wyrzucani, bo ktoś jeszcze je obserwując, to zgłosił

 

" pragniesz  szacunku -  szanuj i Ty"
"nie zdziw się, kiedy lekceważąc, nagle obudzisz się całkiem gdzieś indziej"
"udając mądrzejszego, narażasz się na pogardę"
"szkoła nie może być  polem popisu, nie jesteś dyktatorem, rzeczoznawcą ani orędownikiem, możesz się mylić"
"używając słów niezrozumiałych sprawiasz, że stajesz się tłem; ani Cię słychać ani widać będzie"
"Twój obiektywizm nigdy do końca nie jest obiektywny"
  "kiedy masz przyjemność w stawianiu najgorszych ocen, dotykasz, pamiętaj,  sadyzmu"

"pozwalając na zbyt bliskie kontakty, narażasz się na masochizm"

1.Czy każde nowe pokolenie musi ponosić konsekwencje po myśleniu obluzowanym pokolenia starszego?

2.Dlaczego, na dodatek, ma tamtemu pomagać?

3.Dlaczego, skoro dawni rządzący źle rządzili, następni nie odbierają im uposażeń, z których tamci żyli dotąd dostatnio?

4.Dlaczego starzy cwaniacy są umieszczani w podręcznikach ia nowe pokolenia muszą o nich mówić?

5.Dlaczego poprzednie zło, wynikające li tylko z zarozumialstwa i egoizmu jest dalej powielane pomimo, że, podobno, podkreślone zostało wielką kreską?

6.Jak długo jeszcze wciągać się będzie nowe pokolenia w straty wynikłe za pokoleń poprzednich?

7.Dlaczego nowe pokolenia mają żyć, cierpieć i myśleć tak, jak pokolenia poprzednie, bo tak nakazuje historia i jakaś bzdurna i anachroniczna wobec nich  lojalność?
kontakt-contact to <!--Wyszukiwarka-->skrzysia
banner of <!--Wyszukiwarka-->Krzysia

"wymagając od innych czegoś więcej, niż od siebie, stajesz się  hipokrytą"

już poprzez zabawę maluch wchłania  wiedzę dającą doswiadczenie
back to <!--Wyszukiwarka-->Krzesława - <!--Wyszukiwarka-->Tatiana ©kts Ostatnia aktualizacja:
 2007-2017