moja witryna-Krzysia zaprasza

Nazywam się tak, jak żadne z Państwa. To dobre i złe. Wszyscy mnie zapamiętują, co nie zawsze bywa korzystne. Zalety tego jednak są  niezmierne. Zapamiętują imię zdrobniałe, nie wiedząc nawet, że w worku imion mam ich aż cztery: Krzesława, Tatiana, Maria (to nadane na chrzcie dla zrównoważenia imion "pogańskich" i Barbara (raz - po matce, dwa - nadane na  bierzmowaniu, co jest faktem). Piąte, nieformalne, nadał mi mój Romek, na pamiątkę naszego wspólnego poznania. Natalie. Każde z imion ma zatem swoją historię, żeby nie powiedzieć, przyczynę. To pierwsze to drugie imię mojej mamy i jeszcze imię kogoś, kogo we wczesnej  młodości, poznał był mój dziadek Antoni. To drugie to jednocześnie wcześnie zmarła moja druga babcia, Tatiana, której nazwisko rodowe do dziś w formie pisanej jest mi zagadką. Szczemielow, Strzemielow czy jeszcze jakoś tak, lub inaczej. Podobno z rodu Potockich i białogwardzistów, dziś można już napisać, że spokrewniona z carami.

Znam tajemnicę: charakterystyczną cechę zewnętrzną rodu Cypko... przekażę ją kiedyś dalej... O cesze Krzyształowskich napiszę, bo jest całkiem ładnymi w kształcie oczyma migdałów.

Do niedawna nie nosiłam okularów wcale, nawet do komputera, choć od dawien dawna niejeden okulista twierdzi, że nienormalnym jest dobre, w moim wieku, widzenie.  Ten ktoś  nie poznał był nigdy mojej babci Anieli ("Neli", żony dziadka Tośka, o którym była już i będzie jeszcze, mowa, która w wieku powyżej 90 lat  przewlekała nitkę przez igłę bez okularów.

Jestem średniego wzrostu; wzrostu, który okazać się miał najlepszym z wielu względów, o których nie powiem. Byłam do niedawna blondynką, aczkolwiek może nie od zawsze i to było moją  przewagą. Kiedyś eksperymentowałam tak bardzo z włosami, że jestem im wdzięczną, że mnie jednak nie opuściły. Teraz powracam do swojego koloru, choć, niezupełnie. Próbowałam, ale brąz ciemny nakładany na brąz ciemny okazał się na koniec całkiem przyjemnym kolorem praaawie czarnym. To dla mnie ciekawostka i nowe doświadczenie. Stałam się z całkiem niewinnej blondynki całkiem pewną siebie brunetą. Powróciły wspomnienia sprzed lat, niekoniecznie wesołe, ale ... moje. Powróciłam  ja, tyle, że odrobinę o innej  figurze (tą odrobiną lekko przesadzam, bo jako "dorosła dwudziestka" miałam 49 kilo) Na Dzień Kobiet 06 dowiedziałam się, że zachowałam coś jeszcze, kobiecość. To chyba miłe. To bardzo miłe. Rok 2008 ró wnież wydał mi się niezły, bo mogłam na siebie patrzyć. Rok następny przyniósł tylko żałość i stratę. Odszedł Wojtek, mój brat, najbardziej podobny genetycznie, strasznie nerwowy, zakompleksiony od dziecka , wskutek sytuacji rodzinnej, bez skrupułów idący przed siebie, zdolny, czasem niszczący innych, przystojniak, o którym - po prawej. Przyszedł czas dość brzydkich, wokół niego, historii, posunięć,  które zamierzam kiedyś pokazać i ocenić, jeśli będzie na to czas. Przyszedł czas przeobracania (moje słowo) prawdy i nieprawdy. Prawda, jak zwykle, leży gdzieś, pośrodku. Obnaży zło i ułomności.

Lubię dobry żart, ale nie prostacki.

Znam różne zasady, niektórych jednak z zasady nie stosuję.

Ludzie i historie mają to do siebie, że czasami wracają. To, co wraca, bo chcę, jest mi miłe. Ale  tylko to... Dziś wiem, że tak mogę. Powinno to być jasne dla każdego. Tego oczekuję... mądrości i ostrego widzenia.

fiubzdziutak
WITAM SERDECZNIE wersja angielska

znak zodiaku? - WODNIK

zainteresowania? - tyle tu tego dookoła...

charakter? - sangwinik

moje kolory? - na pewno srebrny, ale i różowy, czarny, szary, czasem czerwony

fiubzdziutak
Jestem jak rodzynek, a właściwie tak myślałam do niedawna. Mam braci. Ci, co mieszkają w kraju, są zajęci i to pracoholiccy po  rodzicach, różni charakterologicznie, bo każdy z nich ma coś i z Marcinowskich i z Krzyształowskich. Jak jeden z charakteru, to drugi z wyglądu i na odwrót. Nawet imiona rodzice dali im na odwrót. Przemek-Maciek i z powrotem. A i ich ostatnie cyfry daty są na odwrót. Starszy przypomina rodzinę swego taty, Marcinowskich, choć przerósł ich wszystkich, to równie szybko zaczął siwieć. Uwielbia pokonywać, zdobywać, zwiedzać. Zwłaszcza wodę. Lubi polo, tenisa i narty. Jest małomówny i trzyma głównie z tatą i jego rodziną. Od dzieciństwa był bardzo hołubiony. Młodszy - zodiakalny bliźniak, miał, jako dziecko, więcej pecha. Zdarzyło mu się urodzić w czasach mniejszej obfitości i zabieganych rodziców. On bardzo, z wyglądu, jest Krzyształowski, z twarzy, postury i cech charakteru. Doskonały fachowiec, w życiu zmienny ponad miarę. Choć mam z nim lepszy kontakt, to nie wszystkie jego drogi popieram, ale czasem współpracujemy i to całkiem na poważnie i wydaje się, że zawsze możemy na siebie liczyć (on na moje tłumaczenia różnych papierów, ja - na pomoc stomatologiczną). Niezwykle ciepło przypominam sobie czas zbierania dokumentacji do jego doktoratu... Obaj ci bracia są już rodzicielami. Obaj także  - stomatologami, po mamie. Nie chcieli pozostać na poziomie swego taty. Mają również ... synów. Z nich, jeden podobny jest do dziadka Czesława, ten  studiował informatykę i to nie w Polsce i, też nie sądzę, aby kiedykolwiek zamierzał tu wrócić. Zodiakalna Waga, stąd, fajnie się nam, z nim, dyskutuje. Inny - całkiem niepodobny do tamtego - studiuje tutaj. Po angielsku i nie w Poznaniu. Czyżby, również, kiedyś miał się wybrać w świat? Kto wie? Zodiakalny Strzelec. Kontakt mam z nim raczej marny. Chłopcy brata młodszego zaznali sytuacji podobnej do mojej, ale ich tata ma ich parę dni w tygodniu, bo zadbali o to oboje rodzice. To dzieci zaledwie nastoletnie. Szczerze mówiąc, z ich mamą utrzymuję całkiem niezły kontakt. To mnie cieszy. Brat zza granicy, św. pamięci (zm. 09.09.2009 o 14:25) Wojtek Cypko (wielozawodowiec; podwójny mgr po AR i WSP, wielu kursach na dodatek), pozostawił też synów. Czterech. O duszach artystycznych, choć do tej pory tylko Adam chce filmować i robi świetne zdjęcia, a Patrick, któremu zmieniono imię, aby nie kłuło za granicami, wygrywał jako dziecko różne konkursy plastyczne. Sytuacja życiowa zmusiła go  do rezygnacji z marzeń -  płatnej szkoły artystycznej.  Ci dwaj urodzili się w Polsce i obaj przyznają się do tego. Oni będą pamiętać, kim są.  Pozostali, Mario i Sydney, urodzili się już w innym wtedy, świecie. Dla nich wszystko, co tamtejsze, jest oczywiste. Mario - dr w swojej niezwykłej dziedzinie, ma już swoje dzieciątko. Oni budują swój świat w nowej, swojej własnej rzeczywistości, rozumują w swoim języku. Tylko czasem, kiedy mają się z nami skontaktować, wtedy mówią po polsku, choć czasem, rzadko, trzeba nam się podpierać językiem angielskim. Wszyscy chłopcy znają, polski lepiej lub gorzej. Całość młodszego pokolenia, męskiego, dopełnia mój ukochany syn, Rosław, ciężko doświadczony, bo jako mały dzidziuś przechodził już operację. Tuż po urodzeniu, pozostał też bez rodzeństwa. Mateusza nie ma. Odszedł w 1995r., zaraz po urodzinach, kompletnie w strzępach. Dziś Rosław to przystojny i dobry, pełen entuzjazmu, młody mężczyzna, podobnie, jak jego równolatek, kuzyn Syd.

Dla oddania prawdy napiszę, że jest i siostra. Po ojcu. Tym, co odszedł w dzieciństwie. Długo się nie tolerowałyśmy. Ewa ma syna Michała. Nie znam go. Żyją we Włoszech. Kontakt jest minimalny.

czas mój stanie się fiubzdzutak

fiubzdziutak

co wywołuje mój szczególny bunt? - niesprawiedliwości, złośliwości, ukartowane działania, egoistyczne, sadystyczne skłonności tych, dla których, z założenia, dobro, zdrowie i życie, w każdym sensie, miało być celem i powinno nim być nadal, bo na to przysięgali, do tego się przyznawali i tym nawet chełpili. Nie omieszkam o tym dać znać.

a moje strachy? moje strachy przezwyciężyłam, ale nie do końca, bo nie wszystkie. A czy umiałabym je wymienić? Wymieniam je codziennie, kiedy piszę swoje wiersze. Liczę na inteligentnych czytelników, bo tylko z takimi mogę rozmawiać właśnie poprzez moje wiersze. Wszystko, co mnie martwi, znajdzie się kiedyś, w swoim czasie na tych łamach. A dlaczego kiedyś? Bo czas leczy rany, a do paru spraw trzeba mieć dystans, by też przez sito czasu przelać różnej wagi ziarnka goryczy. Ważne jest, aby wyłapać te najbardziej brzemienne, aby pozostać bez poczucia niesmaku.

fiubzdziutak

bannerkrzysiuni

© Krzysia Skrzypczyńska

ostatnia aktualizacja:  2018
do strony g³ównej

grandparents
dziadkowie ze str. matki:
†(3.06.1895-19.07.1966) Antoni Krzyształowski, ur. Brzeżany (ojciec Franciszek, matka Ludwika)
†(1.01.1899-10.05.1993) Aniela, zd. Buczek, ur. Kutkowice (ojciec Stanisław, matka ...)

dziadkowie ze str. ojca:
Stanisław Cypko (?), ur. Wilno
†Tatiana, zd. Szczemielow -
Татьяна  Щемелева (Schemeleva), ur. Rosja

rodzice:
left
†(17.11.1928-1995) Romuald Cypko, ur. Wilno (ojciec Stanisław, matka Tatiana)
(29.04.1931) Barbara, zd. Krzyształowska, ur. Brzeżany (ojciec Antoni, matka Aniela)




fiubzdziutak

co mnie denerwuje?

- głupawi pewni siebie
- wulgarni pewni siebie
- "karki" pewne siebie

co mnie zadziwia - wzrusza? - obrazek obcych staruszków, którzy trzymają się ciągle za ręce, wzrusza mnie każdy czuły gest, nawet na ekranie. Tych gestów teraz tak mało dookoła. Podwórkowe dzieciaki, ławkowe przyjaźnie, ludzie rozmawiający ze sobą o sprawach przyziemnych i to tylko niektórych, zakłamani w swych i nie swych teoriach przygodni lunatycy, ślepi na kolory, zapachy, powietrze, goniący gdzieś, po coś, tak, jakby za chwilę miało się to skończyć. Sami drażnią los. Totalny brak gestu przyjaźni i innych pozytywnych uczuć. Uczucia, których nie powinno się pokazywać, bo grożą oskarżeniem o niezdrowe zainteresowanie. Całkiem obcy Zachodowi świat zakłamanej, nadmiarowo przyznającej się do  chrześcijaństwa, Polski. XXI wiek.

Czy znam języki? - znam, ale ciągle wydaje mi się, że nie za bardzo. Mam z tym związanych parę spostrzeżeń. I tutaj parę słów: spotykam wiele osób, które rozmawiają w różnych językach. Wydaje im się, że są znawcami. Są zadufani w sobie, bo nie mają świadomości, że to, iż  jakoś porozumiewają się, to nie znaczy, że język znają. Ich plusem jest jednak, że nie mają oporów. Bo też mają grzecznych odbiorców. Abstrahuję  od wszystkich znanych i bliskich mi  osób. To teza ogólna. Ci, co krótko uczą się języków, w swoim mniemaniu znają je dobrze, ci, co dłużej, dostrzegają swe braki, są dojrzalsi w samoocenie. Niestety, certyfikat często tych pierwszych umacnia w swoim przekonaniu.

nie umiem żałować kogoś, kto za życia był paskudą. Nie cieszę się, gdy jemu się coś stanie, choć uważam, że stało się to, co powinno. Wierzę w los, który karze i nagradza, pomaga, gdy trzeba, a na pewno w łut szczęścia. Jeśli coś takiego dzieje się w przypadku dobrego człowieka, zawsze zadaję sobie pytanie: "dlaczego" i  jest mi smutno.

fiubzdziutak
z z moim dziadkiem Antonim (3.06.1895, ur. w Brzeżanach) łączą mnie do dziś tak silne więzi ponadastralne, że przekazuję je, podobnie, jak moi trzej bracia, kolejnym pokoleniom. Każde zatem dziecko w mojej rodzinie oraz każdy dorosły o tym wie, że jeśli coś boli, coś doskwiera, czegoś szuka, czegoś pragnie, nasz rodzinny Antoni, Antoni Krzyształowski, po prostu dziadzio Tosiek, na pewno nam pomoże. Rozjaśnia się w naszym umyśle, znajduje wyjście, zła passa odchodzi, dobra - przychodzi. To nasze guru; wspominane, silniejsze niż inne wiary i zabobony. Kiedyś - nauczyciel, wspaniały dydaktyk po swój kres, obrońca dzieci. To ten, który wprowadzał w nieznany świat bajek, wyjaśnień zjawisk, połamany artretyzmem, a silny i młody duchem do końca, pisarz i zwycięzca konkursów i szarad. To on od najmłodszych lat stawiał na wykształcenie i wiedzę. Absolwent (w tych latach!) pierwowzoru Akademii Wychowania Fizycznego - Centralnej Wojskowej Szkoły Gimnastyki i Sportów (12.07.1927, nr 865). To on, piękny do końca, był tym, do którego,  jak magnes, przyciągało i piękne kobiety i zapatrzonych w niego, uczniów. To po jego śmierci, jeszcze długo żałowano, że Go już nie ma, bo trzeba by znowu podciągnąć oceny... a nauczał całkiem za darmo albo za przysłowiowe grosze, głównie dla podniesienia w umysłach dzieci rangi lekcji, kiedy inni z tego żyli. Pod jego ręką młodzi złoczyńcy, marne złodziejaszki,  przeistaczali się w żądnych wiedzy, gorliwych uczniów, mówiących niezwykle poprawnie po polsku. Dlatego to dziś, kalectwo wypowiadania się, szczególnie w przypadku tych u władzy, boli mnie, a  mój syn, Rosław, reaguje na takie łamanie naszej mowy, jak na nagły, okropny trzask w uchu. To atmosfera, którą żyłam w najmłodszych swych latach dzieciństwa. Razem z bratem, Wojtkiem, (jeszcze niedawno żyjącym artystą malarzem,
Wojciechem Cypko , zam. w  Berlinie) siedząc po obu stronach dziadka, wchłanialiśmy jego opowieści (dla każdego inne) oraz pieśni żołnierskie; czerwone maki, szaraki wyłaniające się spośród lasów, pełne zamków i przedziwnych historii...

 
fiubzdziutak