skrzysia.blog

ostrymbaner

2017

A wszystko to jedno, ponoć, stadło.

Opublikowano: 5 grudnia 2017
bankwar

Mając, gdzieś, w głowie to, jakże, w obliczu opowiadań; kto miał i co, kiedyś trafne powiedzenie: „Wasze ulice, nasze kamenice”, z którego zawsze żartowała, bo, będąc małą dziewczynką, je słyszała od miejscowych pejsów, moja śp. teściowa, zastanawiam się nad tą zachłannością obu dzisiaj stron w szarpaniu się o kamienice w Warszawie. Niby to powstały, za sprawą Ziobry aż dwie, w tej sprawie, komisje weryfikacyjne, jedna warszawska, druga wrocławska, ale głównym tematem konferencji tegoż polityka była jednak Warszawa. Problem leży w tym, że w okolicach wojny, właścicielami owych kamienic, i to od lat, byli Żydzi. Słyszę, że Warszawa była, w istocie, w większości, w rękach żydowskich. Podejrzewam, że i inne miasteczka miały podobnie. Wracając do Warszawy, skoro byli oni, to można domniemywać, że ci, którzy je kiedyś tam oficjalnie wykupili, może nawet i od szabrowników, uważali się czy nawet jeszcze się uważają za przedstawicieli, w jakiejś części społeczeństwa tamtej nacji. Że jakieś tam prawa, do tego, mają. Zbieram wszystko do kupy i widzę internetowe listy dawnych Żydów tzw. polskich i zauważam wśród dawniej i dzisiaj rządzących nazwiska znane, którym się tamte przypisuje i to wcale nie jednostkowo. co więcej, nikt temu nie zaprzecza. Rozważam dalej i zauważam na podstawie tego, co na tych papierach i tego, kto teraz walczy, że to walczą ze sobą ludzie jednej grupy społecznej i to niczym lwy. Na dodatek, widzę ich w artykułach dotyczących Opus dei, też tego samego, jedynego. A nad wszystkim rozpościera się orzeł polski, pod który się ci sami wszyscy chronią i doń przyznają. Więcej, do formuły przysięgi dodają swoje religijne oddanie stwórcy. Zaczynam myśleć, że Polaków, wśród tych pazernych, za grosz nie ma i jak to powiedział ks. Rydzyk, czeka na czas, kiedy będą mieli wszystko. Czyżby przebrali się w nie swoje a cudze, szaty? Tu zastanawia fakt, co to oznacza. A, właściwie, to wcale nie jestem tego ciekawa i uważam, że należy się tylko martwić, czy nagle, jak w dobrym filmie, nie zaczną wyłazić na ulice ci, którzy za chwilę zdejmą maski i pokażą prawdziwe oblicze uzurpatorów, przeganiając i strzelając do tych, bez tego samego dodatku we krwi, inaczej „uczesanych”. Ot, przemyślenia i zdziwienia kogoś, kogo rodzina pojawiła się tu w drodze repartriacji i kto w tej Polsce żyje tylko za to, co zarobił.

Jeśli wszystko ma być zgodne ze sobą… czyli prawne niedoskonałości nowych ustaw


Opublikowano:25 listopada 2017
bankwar

Spisuję z facebooka dla tzw. potomności.
Bo już jest postanowione. Po ptakach. Bo już umożliwili stacjom budowanie własnego zaplecza spożywczego. Pojawiają się najdroższe przybudówki Piotra i Pawła. Tam będzie można kupić. A to poniżej, szkoda, że niewykorzystane. A to są WAŻNE ARGUMENTY przeciw idiotycznemu pomysłowi zamykania sklepów wielkopowierzchniowych:
1. Duda, ten wieczny związkowiec, a właściwie – krzykacz i uzurpator związkowy, zapomniał, że związki zawodowe, z założenia, nie stoją po stronie rządu, aby móc bronić ludzi przed nim właśnie. Przy petycji o sklepach w niedziele wolnych od pracy wymyślił ZBYT DUŻO WYJĄTKÓW i to zawsze związanych z jedną religią (jego religią) i z drogimi, małymi sklepikami, którym pracować w niedziele za grosze się nie opłaca, co sugeruje, że, jednak, nie wszystko ekipa rządząca PIS-u, kiedy zaczęła o tym słuchać, powtarzać to i o tym mówić, przewidziała. Bo też w głowach mają założenie uderzenia. Po co im zastanawiać się nad konsekwencjami?
2. Argument wiecznego gadacza związkowego, że Solidarność tak chciała, to argument jednak z epoki komuny. On, pewnie, przespał. Czyżby chciał tak się wkupić do partii PIS-u? Z założenia ów nie ma szans na przyszłość.
3. Zaczyna się ucieczka sklepów wielkopowierzchniowych z Polski, co wiązać się będzie z powiększaniem liczby osób pozostających bez pracy. Pracownikom Tesco pogratulować. Zamiast wywalczyć sobie dni niedzielne wolne albo lepiej płatne, zostaną wolni całkiem. Od pracy, co oczywiste. A do następnych sklepów postaną sobie, w oczekiwaniu na pracę, w kolejce. Długiej kolejce bardziej chętnych i z lepszymi papierami. Ależ „zadziałali”.
3. Ci, co w niedzielę się uczą, studiują, nie będą mieli już żadnej możliwości zaopatrzenia się w coś na śniadanie a jest takich sporo. Na dodatek, wokół takich uczelni umiejscowiono właśnie sklepy tylko wielobranżowe. Teraz będą musieli pamiętać bądź wierzyć, że wszystko, co czerstwe, jest zdrowe. Zupełnie, jak w starych reklamach, rodem z komuny.
4. Kościoły jako miejsce podobnej wymiany pieniężnej, jak sklepy (, gdzie jeden daje, inny bierze), powinny też zostać w niedziele zamknięte, bo nie są obsługiwane przez jedynego właściciela. A jeśli działa sfora sukmanowych chochlików, to nie ma, w tym dniu, pozwolenia na żadną pracę. Wedle tych samych zasad, powinny być, za pracę niedzielną, ukarane.

Diagnoza


Opublikowano:21 listopada 2017
bankwar

Dzieje się dość nieprzyzwoicie; po zbyt sztubackich, niektórych zachowaniach w Unii, klamra zaciska się wokół gardeł niektórych dzieciątek i coraz bardziej ujawnia się, że „zdolności” nieudaczników spadają na łeb, na szyję i trzeba w to miejsce coś wymyślić innego. Jak sami to komentują ci, co są bardziej otwarci, trzeba będzie wszystko tworzyć od nowa. Taka jest zasada. Nowy premier to zwykle i nowa grupa. Ponoć. Przy owych założeniach, że Prezydent odpowiadać będzie za to, co na zewnątrz a premier – za resztę, wewnątrz, da się to zrobić, nawet przy przyklaśnięciu opozycji. Największa plotkara wypuściła bąka w postaci strachu przed tym, który siedzi w Brukseli, inna, wpuszczona w maliny, obraża świat w kraju bardziej rozwiniętym, a tu, u nas, rozłożona jest na łopatki za zaniechanie obowiązkowych publikacji. Jeden z chłopaczków potrzebuje baldachimu, inny, wraz z klamką wciska, że kornik to dzieło komuny. Jeszcze inny ubiera się w cudzy ornat i udaje, zdławionego wrogim stanem, byłego pana. Do tego wszystkiego powstają i obrazki, rodem z komuny, te, z malowaniem, na wizyty oficjeli, płotów i trawy, bo na czas wejścia do sklepu, obniża się dla obecnych ceny do zera, co tamci traktują jako prawdę i klaszczą w swoje dziecinne pazurki. Nawet, przy innych głupotach, pośród niektórych z drugiej strony, wydobywają się chmury takiegoż samego nierozsądku, cerberów etycznych, co śmierdzi zagrożeniem kompletnego unicestwienia togi. Dokooptować zaproponowano bowiem stwory jednej myśli obrazkowej w równie długich sukmanach. Dewastuje się wszystko, co było, bo też rok jest niezwykle marny. Jest dziecina, której, w zabawie w żołnierzyki, nie przeszkodzi żadna wystraszona beksa, bo on zagra i nią, uwięzioną w swojej złotej już klatce. Zło, źli ludzie, którzy, za chwilę, będą swoimi tłustymi już paluchami wskazywać nie siebie, a innych winnych. Udają, że nikt im nic nie może a drugiej strony okazują się być zwykłymi, okazyjnie zmieniającymi się, rzodkiewkami. Czy sukienki te czerwone, w obliczu naporu, kiedyś zdejmą? Czy straszny pan z zagranicy (:)) powstrzyma tę grupę rozbójników? Jeszcze nie teraz? Ale? Ci, co mogliby sami, trykają się o bycie alfa.

Urzędnicy o Twardych


Opublikowano:26.06.2017
bankwar

Sprawa kamienic na Twardej w Warszawie. Rozpoczęło się dość chaotycznie, od zwykłego pracownika ratusza, będącego z Urzędem m. Warszawy w sporze (ułomność sprawy). Przewodniczący udzielił głosu sobie pierwszemu. Usłyszeliśmy: ”ciężko mi jest powiedzieć… był niemiły dla nas” itd. Pomimo niewiedzy świadka, słyszeliśmy: „dobrze, ale proszę powiedzieć…” i dalej Jakiego: ”a teraz kolejny zestaw pytań”. Przewodniczący był na tyle nerwowy, że, aby sprawę unormować, wstał i przepytywać rozpoczęto już normalnie. Z odpowiedzi pierwszego świadka dowiedzieliśmy się ciekawostki, iż gmina żydowska podlega innym regulacjom tak, jak kościół katolicki”. To ci heca! Mamy grupy wyłączonych z regulacji ogólnopolskich? Dalsze pytania nie miały sensu, skoro usłyszeliśmy, że ów świadek nigdy nie uczestniczył w zespole koordynacyjnym a wszelkie informacje zbierał na korytarzu, gdzie spijał treść z pojedynczych zdań osób tam przechodzących. Takie miał wrażenie. Ciekawostka. I jeszcze jedno w sprawie jakiejś szkoły: wedle jego oceny, stan szkoły nie był katastrofalny, ale dostępu do papierów żadnych nie miał, zwłaszcza p.poż. Śmieszne? Śmieszne. Następny świadek nie chciała odpowiadać na żadne pytania. Jaki nalożył na nią jednogłośnie mandat 3000 zł. Ostatni urzędnik, od spraw dekretowych, trochę większego statusu, przesłuchiwany był na podstawie zdań osób poprzednich, w tym pani, co odmawiała zeznań. Okazał się być o wiele bardziej kompetentnym w sprawach, o które go pytano, ale to on wskazał na niemożność odpowiadania na temat szczegółów, których przed sobą nie miał. Pokazywał, że wiedza komisji w pewnych zakresach jest nie dość dokładna, bo jedno stwierdzenie nie jest jednoznaczne z drugim. Ciekawostka: „roszczenie jest warte na rynku mniej, niż prawo do czegoś” i że na rynku odbywają się sprzedaże roszczeń, np. słyszał, że nawet skrajnie 50zł za jedno i dużo więcej. Świadek ów dostał pytanie, co by zrobił, gdyby miał zdanie odrębne od innych na dany temat. Nowa sprawa. Znowu pytanie Jakiego o szczegóły z ustanowieniem, w sprawie, kuratora. Świadek mógł wypowiedzieć się tylko ogólnie. Tu, Jaki wspomniał o dzieciach niepełnosprawnych, które nie mają gdzie być i, że on by chętnie kupił taką nieruchomość w tym celu za 50 zł (interes własny?). Zapytał o wyceny. Dowiedział się o swobodach umów i uzgodnieniach stron. Oni nie szacowali roszczeń. To sąd wysuwał notariusza (ten bada zgodność czynności), są dokumenty z pieczęciami. Dlaczego miał to on podważać i jak miał odróżnić dokumenty lipne od niepilnych, co podsunął Jaki. Tu Jaki wysnuł wnioski, że tamci, z urzędu miasta, opierali się na pracy notariusza i kuratora: „Co zatem robili sami?” Zaczął insynuować, że za papiery wzięli się dopiero po aferze reprywatyzacyjnej. Kolejny przepytywacz zasugerował, że sprawy prawne przechodziły przez świadka, na co ten się obruszył. Poruszono kwestie waloryzacji i odszkodowań. Ocena to ówczesny stan posiadłości i cena na dziś, np. miejsce kiedyś poza centrum bez kanalizacji, dziś z ceną przyłożoną do podobnej dziś działki. Mikroplany nie leżą w gestii tego pana. Jaki stwierdził, że notariusz i rzeczoznawca to podobne zawody, więc „dlaczego jednego nie sprawdzano a drugiego – tak?”, na co nie zgodził się kolejny przepytywacz, który pouczył przewodniczącego, że się myli, bo notariusz jest dużo wyżej w hierarchii…
Komisja ds. reprywatyzacji pokazała dziś, że wszyscy dotychczasowi przepytywani są świadkami
1. co do szczegółów bez udostępnienia im jakichkolwiek akt, czyli papierów, nawet przez nich podpisywanych.
2. Przepytywanie, jak dotychczas, opiera się na pomówieniach osób zwolnionych, przepytywanych wcześniej.
I pytanie: dlaczego, skoro komisja coś twierdzi, nie podkłada pod nos świadków na to dowodów? Nie jest to jakoś śmieszne i nie świadczy o nieprzygotowaniu zwłaszcza przewodniczącego, bądź co bądź, prawnika? Wniosek Jakiego, że świadek nie pamięta. Kogo w takim razie zapytać? Tu jeszcze raz: pytanie w powietrze wobec kogoś w tym wieku jawi się niemądrym, bo trzeba było podsunąć papiery a nie pytać z papierów bez ich pokazywania. Ot, wada pytających.

Wielkie święta robocze


Opublikowano:15.06.2017
bankwar

Dziś kolejne „wielkie święto”. Zaczynam sprawdzać, ile, z posiadanych, polskich stacji radiowych doń nawiązuje. Rydzyk przyzywa do święcenia rowerów, motocykli i wszystkiego, co dla nas ważne. Co oczywiste, za drobnym wsparciem a, jeśli nie piszemy się na to, to nawołuje i do kupienia swoich książeczek i innych gadżetów lub nawet jednego talerza zupy. Ten to ci ma łeb, że dopowiem. Zapytam tylko: dlaczego, skoro kościół pozamykał sklepy, nie pozamykał stacji benzynowych, nie pozamykał restauracji, gościńców, hoteli? A właśnie – hoteli… Dlaczego nie wszystkich wzywa do uczestniczenia we mszach? Dlaczego pracują opiekunki, szpitale, strażacy, policjanci, straż i ochronki? Można wymieniać kogokolwiek, wyciągając go skądkolwiek. Przecież i tam pracują ludzie, których dzisiaj obowiązkiem jest ponoć obejście z księżmi, w pochodzie Bożego Ciała, zwanym procesją, całej wsi czy rejonu danego kościoła w mieście. Czy nie powinno stanąć zatem wszystko, gdzie pracuje człowiek? Dlaczego jeżdżą samochody? Co znaczy, że, jak słyszę, pracują autobusy za tramwaje? Że autobus niby prowadzą roboty? Dlaczego nie ma w tym konsekwencji? I, dlaczego sklepikarze pomniejszych sklepików mogą jednak pracować? Bo im się odpuszcza? Robimy, co ta oficjalna, nienazywana sektą, czołówka jej, zwana PIS-em, robi. Dobrze wie, gdzie temu pokoleniu, można jeszcze przykręcić a gdzie odpuścić. Że przegina? Odbije się nam i pójdziemy w inną stronę? Niekoniecznie. Nowe pokolenia traktują to, co już było, jako opowiastki, podobne bajkom i cyberzabawom. Każde pokolenie jest jak Zosia Samosia. Chce sie bawić i wszędzie tego oczekuje. Nowe pokolenia muszą zła i dobra dotknąć same… Niektórzy, ci, co posiadają, uciekają na ogródki, działki, do swoich łanów, wyjeżdżają na wycieczki. Młodzież może wreszcie posiedzieć w komputerach :), spotkać się w pubach :), poprzeżywać to i sio. Słyszę, że w tym dniu nastąpi, dla uczestników procesji, wielkie odpuszczenie. Tylko, po co, komu, ono? Potrzeba go chyba tylko oszukańczym rządzącym. Tym trzeba. Tyle, że zapytam: jeden, nawiedzony człowiek, ubrany w suknię, zapewnia drugiemu, iż za jego sprawą staje się tamten niewinny? To po co te więzienia? Po co kary? Po co całe prawodawstwo? Po co jakieś legislacje, ustawy, normy i zasady? Po co, wreszcie, uniewinnianie przez Prezydenta? Jakież to dziwaczne. On, też pada na kolana i to często. I to oficjalnie. Szuka podpowiedzi w świetle. Skupiony zabawnie. Nigdy nie znajduje, ale liczy, że może kiedyś… ostatecznie, że tak.To po co to wszystko? Dla forsy? A może by tak ją zlikwidować? Że człowiek lubi kimś rządzić albo być czyimś poddanym? Że jeden urodził się do władzy a inny do padania na kolana? Przemyślmy, kim jesteśmy.

Od samolotu po ważne wizje filozoficzne, czyli nie wszystko jest tak proste, jak się leniwemu wydaje.


Opublikowano:02.06.2017
bankwar

Poszerzam wpis z Facebooka Ludzie boją się wchodzić z myślami w pewne, niepewne dla siebie, rejony. Boją się, bo straszy ich od zarania każdy ksiądz, każdy przedstawiciel kościoła. W ten sposób uzależnia od siebie, pokazuje, że jest kimś ponad, kimś, kto wie lepiej, kimś, kogo twór nieustalony a nazwany, odznaczył, aby on mógł to wykorzystywać dla dobra tej rozrastającej się małej sekty w wielką, usankcjonowaną właśnie wielkością, ku powiększaniu tegoż kościoła bogactwa. Wykreowawszy się pośród niedouczonych, przenosi tę „wiedzę” dalej, na tamtych dzieci i dzieci dzieci. Przejdźmy do sedna. Sprawa udowodnionego przemieszania szczątków po upadku samolotu w Smoleńsku. Szczątki posmoleńskie okazują się być mieszanką wszelkiej ważności i wszelkiej wielkości. Nie dziwota. Było tego sporo. Skutkiem zwrócenia uwagi zwłaszcza na najważniejszych pośród ważnych, okazało się, że było tak: góra np. czyjaś święta a dół czyjś, już nie biskupi,… w każdym miejscu a już najciekawsze, że i na Wawelu, leżeć mogła jakaś pani z obcym panem a pan z innym kimś albo i wieloma innymi. To tak dla zobrazowania. Wyłącznie. Czyż to nie oznacza, że po nieszczęściu tak wielkiej ilości osób, należałoby raczej wszystkich pochować razem (jeśli nie da się wszystkiego pozbierać) albo, chociaż, nie ciągnąć tego nieszczęścia i zostawić sprawy takimi, jakimi są? Czy to nie wina kościoła jako takiego, tej religii, która sprawia, że pomimo wiary w odejście do nieba, co podkreślam (!), czepiamy się, w swej większej masie, pozostałego czas jakiś, jeszcze w formie jako takiej, ziemskiego ciała? A co z tymi, co dali się skremować? Że to pewniejsze? A w jakim stopniu? Czy rzeczywiście? Wszak kościół, ten sam kościół, mawia o popiele, z którego powstaliśmy i który pozostanie… Czy nikt, z tych wiernych, tego nie słyszy? Większość omija to, co chce? Jeśli ktoś nie ma w rodzinie jednak takiego przypadku, nigdy nie było mu dane się nad tym faktem nawet zastanowić. I, dlaczego ważnych wsadza się do podwójnych, potrójnych trumien? Nie dla ich jakiegoś, kiedyś, wymyślonego, zmartwychwstania? (Patrz: chowani księża niczym władcy świata) Nie jest to jakoś przerażające; to różnicowanie i ta teza „nierównych szans”? Czyż kościół, ten, dla większości mu wiernej, wzorzec, nie powinien, w zamian za datki, zmienić tu czegoś w przedstawianiu życia po życiu, którym się ciągle wachluje? To on podaje maluczkim przykłady, jak żyć, on podaje obrazy, on trzyma tych swoich wiernych w jednej, za przeproszeniem, kupie. To od niego zależy, póki co, czy sam przetrwa. Nałgał, to teraz musi tę żabę zjeść. Musi ludzi w Polsce pojednać. Widzi, co im nawtykał. Czyżby mu nie zależało na tym, co ostatnio zauważył był któryś z celebrytów, który mu to wytknął? A nie miał ów racji? Nie każdemu z tym, powyżej, po drodze, wiem o tym. Wielu z nas woli mieć nadzieję na coś, co jest jeszcze poza teoriami tej religii. Tkwią zatem nadal w teoriach innych, w jakoś barbarzyńkich, już niereligijnych. Pazerność jakaś? No właśnie. Gdzie można by o tym rozprawiać? Nigdzie? Lepiej pozostawić tych ludzi samym sobie? To, po co w ogóle wtłaczać im cokolwiek? Ujawnia się tu potrzeba poznawania etyki, prowadzonej przez błyskotliwych filozofów, a nie zastępczych teologów. Trzeba tych, którzy pozwoliliby na mądre spieranie się o przysłowiową liczbę diabełków na łebku szpilki.

Szczególna "lepszość”, czyli opaczność pojęciowa albo, zwyczajnie: dajmy szansę! Jednym słowem: zakażenia szpitalne i pozaszpitalne.


Opublikowano:24.03.2017
bankwar

Dokażanie. Ot, słowo. Takie, jak inne, dla większości nic nieznaczące. Po swojej wypowiedzi o superbakterii, Klebsielli pneumoniae, zorientowałam się, że spotykam ludzi, często i ze środowiska lekarskiego, zdawałoby się douczonego, świadomego, które sprawę lekceważy. To zjawisko nagminne, zwłaszcza dzisiaj. Zakażenia szpitalne to wyrażenie dlań zbyt ogólne, ich własna praca, przecież, jest o wiele ważniejsza. Zastanawia fakt, czy nie chcą oni tego przyjąć, bo mają na sumieniu czyjeś odejście, skutkiem swego zaniedbania czy w swojej pracy są tak zakochani, że nie uwierzyliby, iż to oni mogą (!) też dokażać. Łaski nikt nie robi. Bakterii nie widać, bakterie są z nami. A to fakt. Ale – swoje. Niby nie rozumieją a antybiotyk stosują. W razie czego. Czasem, nadmiarowo silny, czasem nietrafiony. Potrzeba chwili. Nie obchodzi mnie ta figlarność w zaczepce. Że to kwestia, jak usłyszałam, empatii. Empatii? A jakiej? Rozumianej właściwie czy opacznie, żeby nie napisać wprost – bezrozumnie? Własny organizm trzeba odżywiać i wbrew temu, co niektórzy myślą, chodzi tu nie tylko o zaspokojenie kubków smakowych, czasem wrażliwszych czasem mniej, ale o dostarczanie organizmowi pewnych substancji, potrzebnych do reakcji chemicznych, w nim, bez przerwy, zachodzących. Brak równowagi w elektrolitach, w szpitalu się uzupełnia, ale… w tym samym szpitalu można się jego nabawić. Brutalna prawda. Niebezpieczne są i otwarte (!) okna, kiedy pacjent leży z otwartymi ranami, bezwładnie, nieokryty, ale i ci, przybywający z zewnątrz goście, te kwiaty w wazonach, buciory przenoszące świat z zewnątrz. Kiedy jesteśmy, jako pacjenci, zdrowi, jest wtedy miło, kiedy nie… Najważniejsza jest świadomość i zdolność do samostanowienia, a przede wszystkim – wyobraźnia. Szpital to nie przechowalnia. To środowisko wielu przypadków, które zagrażają dokażeniami. Kiedy kogoś odwiedzamy, uśmiechamy się, przynosimy specjały i się wynosimy, znowu do tłumu nieznanych nam ludzi. Nie mamy świadomości, że miła wizyta może zagrażać choremu. Lekarze o niego walczą a często są bezradni a my… Jako zdrowi, jesteśmy potrzebni, aby czuwać nad poprawnością opieki, jako przybywający chorzy – nie powinniśmy nawet się pokazywać. Inna sprawa to sale. Chory w szpitalu, na wspólnej sali, jest i tak w niebezpieczeństwie. Jest dokażany przez cudzych odwiedzających. Stąd, sale indywidualne, tzw. jedynki, są bardziej bezpieczne. Teoretycznie. Bardziej nie oznacza pewności. To izolowanie stosuje się w sytuacjach braku obłożenia chorymi albo wobec osób szczególnie ważnych czy za dobrą opłatą. Ta świadomość jest nam często nie na rękę. Pobyt kogoś na sali wspólnej tłumaczymy sobie jego, czasami nieprawdziwą, potrzebą przebywania wśród ludzi. To takie odrzucanie od siebie winy czy bezsiły. W sytuacji idealnej, personel musiałby przebywać w szpitalu zamkniętym, tam mieszkać, bez kontaktu z kimkolwiek. Absurd. Chodziłby w maskach, rękawicach i w butach z ochraniaczami. A sprzątaczki? Tzw. salowe? Te przychodzą z zewnątrz. Że z domu, ze sklepu, z pracy, szkoły, że to normalne? W domu to „swój sos”, już w sklepie – nie. Miejmy, po prostu, oczy szeroko otwarte. Nie żyjemy w świecie idealnym, sterylnym, zadbanym, ale może zaapelujmy: nie dokażajmy chorego. On już i tak walczy o siebie. Na wielość bakterii nie będzie jednego antybiotyku. A może nie być żadnego. Trzymając za rękę miejmy tę świadomość, że w stanie ostatecznym jest to wysoce wskazane i już wszystko jedno, ale w stanie ciut tylko lepszym, dającym jeszcze szansę, dbajmy o realizację dożywiania. Ileż to osób umiera, bo personelowi nie chce się karmić, bo tłumaczy się brakiem czasu. I o to chodzi. Ale – żadnych pretensji! Odwiedzajmy chorych mądrze, dla posługi a nie dla zaspokojenia własnego poczucia niezbędności kontaktu. Nie – dla spokoju sumienia… Ważny jest tu czas posiłków i przybycie zawsze, kiedy chory nie jest w stanie się sam nakarmić. To jest clue. To jedyne.

Puch marny, bo co?


Opublikowano:08.03.2017
bankwar

Kobieto, puchu marny, pisał działacz religijny, mesjanista, jak czytam, związany z Kołem Sprawy Bożej Andrzeja Towiańskiego , ten kolejny facet, mieszkający za granicami kraju, z daleka tęskniący do czegoś, w czym, w istocie, nie uczestniczył a sobie tylko wyobrażał, ten ktoś, kto nigdy do Polski nie wrócił. Nie wiecie, kto? Adam Mickiewicz. Kolejny, bo? Ano zacznijmy wszystko od początku. Znudzony on, jakiś on, zaczyna w towarzystwie równie znudzonych onych uczyć się pisać, potem klecić zdania. Wdają się w marne dyskursy; o babach, o świetle, o marności istnienia… Wymyślają teoryjki, rozczytują się w nich, dorzucają coś, co im ułatwi bezkarność rozochocenia. Tworzą teorie, wrzucają w to obrazki; tu dobrego pana, tam wielmożnego dobroczyńcy, niedościgłego, nieznanego, dla poratowania wizerunku – z długą, nobliwą, brodą. Przyjeżdżają do tej „skarbnicy wiedzy”mężowie inni, zewsząd, z całego świata. Gromadzą się w paru miastach, wokół duchownych, wlewających swój jad bycia lepszymi. Zawsze są to mężczyźni, niekoniecznie mężowie jednej konstrukcji, przykrywający często swoje ciągoty ku młodocianym potrzebą sytuacji – pamiętamy te szeregi falang, walczących w antycznych czasach; starszych, obok, z młodymi, ręka w rękę? W artykule Onetu czytam, że ”pederastia” wywodzi się właśnie z greki i paides to chłopiec, a erastes – miłośnik. Tylko związki dojrzałych mężczyzn z młodzieńcami mają sprawiać, że młodszy jest w stanie poznać sens pojęć takich, jak honor, odwaga, wierność ojczyźnie i w istocie, choć starszemu ta relacja z uczniem dawała realizację cielesnych pragnień, to młodszy miał zapewnione zdobycie wiedzy i odpowiednich znajomości. Pomyślmy o dzisiejszej kaście księży i ich ciągotach. Pomyślmy o młodych, to wykorzystujących dla kariery. Egipcjanie, Grecy, Rzymianie, naznaczani kultem fallusa i nasienia, jakże i dzisiaj powtarzanego. Znamienne jest zdanie, które wygłosił Set do zaproszonego Horusa: „jaki masz piękny tył” a po upiciu go, zgwałcił go. Nieważny tego koniec. Inny przykład: Marek Antoniusz i Skryboniusz Kurion. Kaligula – Lepidus. Chrześcijaństwo miało to ukrócić. Ukróciło. Kary śmierci, tortury, obcięcia – nie dla siebie. Te całkiem oficjalne przynależności, zależności, toż to były, już wtedy usankcjonowane, związki jednopłciowe. Budowane mity o tak usposobionych cudownych istotach, dziś przeinaczane przez różne religijne sekty, w tym, przez te najważniejsze. Najwyższy pan, zawsze bez pani. Kobiety czekały, nieświadome ograniczania swego losu przez ich własnych mężów. Głupie, niedouczone, zastraszane były od zawsze „nowinami” o wyimaginowanym duchu panującym nad chmurami, panu tej płaskości, zwanej ziemią, utożsamianą z Ziemią. Zobowiązane były do upokarzającego zasłaniania wszystkiego, co „gorszące”. Z szeregu własnych zdań, połączonych w zestaw praw różnych dla majętnych i biednych, różnych dla mężów i niewiast, faceci – nie faceci budowali własną religię słów, powtarzanych, budowali tradycję, wrzucaną w umysły wszystkich zależnych od siebie. Spędzali czas, głównie, we własnym towarzystwie, napawając się własnym, bo wzajemnym, erotyzmem. Tą tradycją, jakże częstą na ich ustach, wachlują się po dzień dzisiejszy. Pokazują torsy, buńczucznie przechadzając się pośród głupiutkich łań, wybierając je pośród wziętych w jasyr do swojego haremu, do swojej świty, w przeróżny sposób pokazując, że z racji mądrości, należy im się wszystko, co wcześniej sami zarządzili. Najczęściej „nieużywane”, czyli niewinne dzieci. Jednocześnie albo i nie, niekoniecznie silni i niekoniecznie władni, aby to wszystko utrzymać, umawiali się na pomniejszanie „posiadania” z całkiem własnej woli. Najważniejsza była, choćby w najmniejszym związku, pozycja koguta, pana, któremu dziś ta pokorna kura domowa podsuwa najlepsze kąski, sama niedojadając. Zmieniały się kulty wizerunku kobiet; kiedy stać było chłopa na dorodną, utrzymywał, że to ta uroda jest najpiękniejszą. Kiedy nie stać go było, starał się pokazywać, wmawiał wręcz, zawsze on, że to anorektyczka jest najlepszym tworem tego świata. Kobieta zawsze się z nim, do tej pory, zgadzała. Zgodnie z religią, przyjętą z pokorą i uniżonością. Facet, najczęściej nieśmiały, jakoś ułomny, żeby nie powiedzieć – kaleki, łagodzi w sobie ból niebytu szerzej w środowisku możliwością decydowania, jak powinna wyglądać ona, ta, która wcale go nie interesuje. Tak jest i dzisiaj. Kreatorzy mody. Kim są, wiemy. Zatem? Tradycje, wzory piękności, prawo, zawsze stanowione były przez gromady egoistycznych samców, pilnujących, aby tym głupawym kwiatom nie poprzewracało się w głowach.
i odautorski wierszyk:
polbaba

2016

Myśli me niepoprawne, te budzące mnie po nocach


Opublikowano:03.11.2016
bankwar

Narzucają się same. Te myśli niepoprawne, czyli myśli na propozycje opłacanych potworków… Jednorazowe grosze, śmieszne w euro, mające uszczęśliwić na całe chore życie obojga; matki i dziecka, w samotni, bo to norma i z taaakim aż obciążeniem. Rodzi się złość, bo tymi, już starszymi, mają zająć się już inni. Przychodzą same, refleksje me nadciągające, więc ich nie powstrzymuję… Dywagacje, rozważania, przemyślania, ważenie, powroty do własnych przeżyć… Filozofowanie czasem ma sens. Zwłaszcza tuż po takich świętach…
Czyżby ten ktoś, który to wymyślił, zdał sobie ostatnio sprawę, że jest sam, w swoim mniemaniu, człowiekiem jakoś uszkodzonym? Czyżby ktoś unaocznił mu, w chwili wielkiego zdenerwowania i, kiedy się zorientował, że ten obok, „on, to nie on, tamten on”? Czy ów niewymieniony ktoś nie wypalił był, bez zastanowienia, że wołałby raczej, aby to rzeczywiście „nie on był, ale tamten, nie ten”? O czym to? Zaraz. Czy to obecne działanie nie jest, aby, instynktownym, egoistycznym i egzystencjonalnym, odpierającym? Nie siebie ów ktoś chroni – broni, przed wyeliminowaniem? Czy nie za późno? I kto mógłby coś takiego, kiedyś, powiedzieć? Kto wołałby być z owym tamtym kimś i, dlaczego? Ona? Zastanawiam się… która z gazet i za jaką cenę, w tym dziele pomogła… Czy każdego byłoby na to stać? Nie sądzę. I, czy, wspomniany ktoś, zbiera, do dzisiaj, za to plony? Płaci za to konsekwencjami? Ciągle jest szantażowany? I, jak duży koszt ponieśliśmy my, jako naród, za cudze widzimisię i ten wybieg, opóźniający orientację? Cały świat jest kołowany i nie reaguje? I jeszcze, dlaczego, nie reaguje? Inna sprawa, to, czego nie rozumiem, to, że kiedy słyszę o cudownym, następnym świecie, nie słyszę jednocześnie, iż ktokolwiek, z tych wachlujących się pewnością o oczekiwanym tam, gdzieś, czymś niezwykłym, poza islamskimi radykałami, nie idzie tam, nie przenosi się z własnej woli, nie wliczając letalnie chorych? I jeszcze pytanie; już nie z powietrza a z obserwacji każdego stada, w którym są zawsze ci lepsi i gorsi: jaki, znany nam, człowiek tak bardzo walczy o miłość, jaki człowiek tak bardzo boi się krzyku, wyrzutów, a w rezultacie odrzucenia czy nawet, wyklęcia? A może tak było? A może błagał? A może przepraszał, obiecywał… Obiecywał świętość, zapamiętanie, miłość ponadnarodową? Czy nie mamy tu do czynienia z syndromem odrzuconego pisklęcia? Wszystko jedno, czy słusznie czy po rozważeniu zalet i win… Wciąż powtarzające się uwypuklanie wzorca tego kogoś, obok… Może dawać zdwojoną traumę. I na koniec, jako efekt, te kontrastowe obrazeczki… Jazdy na złamanie karku do oddalonej, ale światłej, dumnej nekropolii i ten inny, na miejscu; to wynajmowanie posługi wobec nieprzejednanej nawet teraz, po śmierci, wyprostowany i rozkazujący i oni przedziwnie zapobiegliwi i usłużni… I jeszcze jeden, w obliczu uznania obowiązku miłości, kontrastowo zapomniane, porzucone, „zaniepamiętane”. Jeśli całość nie układa się w jakąś tragiczną całość, to nie jestem sobą, aby nie zapytać: a w którym miejscu? Niby nie piszę o nikim konkretnym a wszystko jest aż nadto takie prawdopodobne…

Dwaj artyści przy peruwiańskich szachach


Opublikowano:11.10.2016
bankwar

Wczorajsza, kolejna, bo 7, rocznica śmierci Wojciecha Cypko z Berlina, przede wszystkim artysty malarza po ASP, mojego brata, potomka artysty malarza Krzyształowskiego, skojarzyła mi się dzisiaj w nocy z tym, co stało się ostatnio, a to z odejściem, w ten niedzielny wieczór, wielkiego reżysera, wzorca dla Wojtka, Andrzeja Wajdy, także artysty połączonych dziedzin – ASP i Filmówki. Zaziębił się, co, niestety, zlekceważył i przewieziony z Trójmiasta, z Festiwalu w Gdyni aż do Warszawy, doznał zapalenia płuc. Czyżby nikt nie zauważył, nie podpowiedział temu znakomitemu artyście, że lekceważyć symptomów, w tym wieku, nie wolno?
Wojtek, co znamienne, mieszkając z dala od kraju, żył jego dokonaniami. Interesował się nowościami z tak wielu dziedzin, że można było się w tym pogubić. Niezwykle zachwyconym był zwłaszcza Wajdy „Panem Tadeuszem”. Widział w tym obrazie niezwykły artyzm i oglądał go po wielokroć. Kiedy w rocznicę Wojtka dowiedzieliśmy się o Wajdy niespodziewanym, dla wielu, odejściu, pomyślałam o ich spotkaniu w chmurach, ciekawym, przy peruwiańskich szachach, pełnym niezwykłego rozprawiania o obu dokonaniach, przede wszystkim, właśnie Andrzeja Wajdy. Może i pogadają o spotkaniu swoim kiedyś. Dla Wajdy nazwisko Krzyształowski było magnesem.
A ja tylko wspominam dziś te filmy reżysera, które sprawiły, że patrzyłam, patrzyłam, patrzyłam… Popiół i diament, Maciek Chełmicki – Cybulski, Kanał z Janczarem, Englertem, znamienne Wesele z Łapickim i Ziętek. Oczarowały mnie podtekstami… A dalej ten specyficznie zawikłany i nie z tej ziemi, Przekładaniec z Kobielą, to wysublimowane Wszystko na sprzedaż z Łapickim i nadzwyczajnie mistrzowsko zrobiona Zemsta. A Pan Tadeusz, z mrówkami, zawsze będzie mi się kojarzył z zachwyconym nim bratem… jego dziwnymi obrazami zastygłych ludzi i rzeczy, całkiem innych, bo w opozycji do obrazów nakreślonych przez Wajdę. Zadziwia zderzenie tych dwóch światów. I ich połączenie. Także na koniec. Pozostaje, po obu, cisza.

szachy peruwiańskie Wojtka

Taki gest, czyli promocje, bo można wszystko, bo należy się


Opublikowano:30.09.2016
bankwar

Dziś o dwóch, różnych wiekiem, a jakoś podobnych. Za „Faktem” i „Na temat”… Poseł Jaki ma gest… Niejaki Rol, jak czytam, prosto z baru, niepełny politolog, bez mgr, zostaje wiceprezydentem Opola, teraz kolejny kolega, pewnie zwany kapką, młodzieniec w radzie nadzorczej Elkom… A kiedyś, Jaki tyle uzewnętrzniał się o nepotyzmie. O tym się mówi i pisze. Rozmnażają się nam, po Edzi Janningerze, Misiewiczu Macierewicza, kolejni Misiewicze. Nowocześni ich gdzieś spisują. W Internecie czytam o przyczynach, dlaczego się, w ogóle, w polityce pojawiają ci promotorzy… Bo tych drugich potraktujmy jako ot, ich widzimisię. Przyczyny, zawsze, są. Poza kasą, przyczyną główną. Słyszę, że Macierewicz, swoim działaniem, odreagowuje traumę, bo antykomunistyczny ojciec, na wieść, że UB idzie po niego, popełnił samobójstwo. Antoni byłby, może, i wytłumaczony… Ale, zapytam, bo mam do tego prawo: a to dzieciak, to jednoroczne dziecko wiedziało, o co poszło? Aż tak było świadome? Bo ja miałam lat 5 i widząc to, co dokoła i, rozmawiając (!), nie rozumiałam, dlaczego tak się działo. I, choć moje sprawy – bardziej złożone i w innym czasie, ale, widocznie, roczny Antoś był bardziej „kumaty”. Widocznie, że powtórzę, wytłumaczono mu, choćby w tym, dziecięcym języku, ograniczonym do paru słów. A on, maluch, wszystko pojął. I tu się obruszę. Toż to idiotyczna bzdura! To nie mogło być tak. Świadczy tylko i wyłącznie, że ów, sam sobie, zaczął, daleko potem, tłumaczyć swoje miejsce w świecie i cel, wmawiać tę sprawę jako ranę z dzieciństwa. Tylko, czy to jego osobista rana a nie, raczej, jakaś sprawa honorowa rodziny, chęć wendety, choćby i słownej, tych, co widzieli i przez lata żyli tamtą historią i przenosili jej glorię na kolejne pokolenia? Wiem, że i to niezbyt możliwe, bo… musiałabym mieć traumę o wiele większą, dotkliwszą wielokrotnie i nie tylko z tak dawnego, „zzazasłonnego”, dlatego i błahego, bo nie „przyskórnego”, powodu. I w tym kontekście zapytam: a o co chodzi młodemu Jakowi, że się tu, w PIS-ie, pojawił? Też o traumę? A jednak o traumę? O przemęczenie? O krzyż? To zrozumiałabym. Czyżby nie był aż tak pewny swoich zapatrywań na aborcję i się miota? Nie, nie powie tego, za nic. Choćby i przypalano… A to też zrozumiałabym. Ale, to z PO? Że za tatę? Że wyrzucili ojca za głosowanie syna? Zatem – byli tam razem. Zatem: wet za wet? Ząb za ząb? Też sprawa honorowa, rodzinna?
***
A tak, gwoli wniosku, rzucę w powietrze: czyżby PIS pozbierało wyłącznie ludzi z traumą, z jakąś złością, chęcią rewanżu? Poznając te wszystkie przypadki, możemy tylko pokiwać głową: coś w tym jest, coś za coś. Tak to, traktują. Wiąże ich też wiara w to, że bliscy nie całkiem umarli. To też rozumiem, ale inaczej widzę tę pamięć. Bardziej, jako swoją, osobistą. W przedmiotach, relacjach, anegdotach… Ale, i oni skupiają się wokół swoich, ich osobistych, szoków, urazów, zranień… To jedno, smoleńskie, jest tylko dla pozoru, na zewnątrz, dla Jaru, ich patrona, przewodnika, człowieka, którego traktują jak nadprzyrodzonego guru. A, wewnątrz, tkwią zadrą inne, wciąż powtarzane, zakodowane bóle, też przy Jaru. Czyli, że on wykorzystuje ich a oni… oni wykorzystują, jednak, jego? A, nie? Każdy psycholog, pozbierawszy te przypadki, przyzna, że coś w tym jest.

Fanatyzm czy matematyczny, grozi zwojom?


Opublikowano:20.09.2016
bankwar

Kto ma się zająć umysłami naszych dzieci? Jaki to nadzwyczajny umysł matematyczny? Że matematyka to tylko liczby? A treści podręcznikowe to nic? Że ślepi rodzice przejdą nad tym, tak, jak kiedyś, pokolenie starsze, do porządku dziennego? To pokolenie, porzucone niejako, zdane na siebie, postąpi inaczej, niż tamto, zabiegane, zapracowane, szukające w domu jedynie ciszy. To jest bliżej dzieci, więc zobaczy. Już reaguje.
Kim ma być nowa twórczyni wiedzy? Cóż znaczy twórca?
Kobieta przybyła do Warszawy z Podlasia, zawojowana działaczka ruchów religijnych, związana z Jasną Górą, katolickimi wszystkimi gazetami, z oazami, księżmi z Archidiecezji Warszawy, z Sodalicją Mariańską, czyli z Kolegium Rzymskim?
Zapytam: to Rzym będzie teraz nauczał nasze dzieci?
Sodalicja to bractwo religijne. W bractwie siostrzyczka? Bractwo to przecież zrzeszenie braci a nie sióstr, a, nie?
Sodalicja Mariańska grupuje tych, co chcą być bardziej święci, niż inni. To oni organizują pielgrzymki, chcą Jezusa Chrystusa za Króla i Pana. Sami piszą, że są Hufcem Maryi, zatem są przesiąknięci jednym celem. Piszą, że „Sodalicje czekały z utęsknieniem na wznowienie działalności SM. Taki czas nastąpił w 1980, gdy zrodziła się „Solidarność” (!) A więc, to wtedy wykorzystali czas na swoje uderzenie… Biedny, podległy lud to kupił. Nie sądził, że odbija się od jednej doktryny i wpada w drugą. Że ktoś z niego robi sobie pewnego rodzaju wasala. Wasal = „osoba wolna, oddająca się pod opiekę seniora”.
Powrócę do owej, mimochodem, matematyczki.
Pani owa zna się z Terlikowskimi, jest przeciwniczką gender. Była studentką o. Rydzyka. Ciekawostka, prawda?
Wyrzucona z warszawskiego wydziału oświaty za forsowanie pomysłów prochrześcijańskich i katolizowanie na każdym kroku (!), zostaje dziś wyznaczoną przez min. Zalewską (tę samą, co dopiero co kompromitowała się swoją niewiedzą w tv!) do pisania
Zatem, ortodoksyjna zwolenniczka Jezusa Pana ma być główną twórczynią podręczników do matematyki naszych dzieci? Wiem osobiście, co to znaczy, bo już w poprzednich podręcznikach zauważałam, w każdym przedmiocie, przepuszczany, już wtedy, atak na umysły maluczkich. Już wtedy, kiedy rządy sprawowała PO, niby to scentrowana partia. Tylko, dlaczego ówczesny premier, Tusk wziął był, akurat wtedy, ślub? Że to prywatna sprawa? A może wyczuł trend?
Nie tylko tamte podręczniki polskiego, ale i podręcznik kultury, gdzie rozbudowano zwłaszcza terminy i dzieje tej, jednej, jedynej, religii i wtedy stawały się niepotrzebną zadrą. Na wielu kartkach powtarzano, kto lub co, po kim czy po czym, kiedy pojawiał (o) się w dziejach świata. W tych dziejach. Biblijnych. Wszystko podawane było jako pewnik, na dodatek, pewnik na ocenę. Było to nie do strawienia. Co dziwniejsze, w zadaniach matematycznych również posługiwano się wtrąceniami religijnymi. Wówczas z tego żartowałam, dziś widzę tamtejsze próby, jakby wyczuwanie, jak zareagują tłumy. Widać, to nie był jeszcze czas. Średnia klasa pozwalała na wszystko, wszystko, co nie przypominało komuny.
Jeśli tematyką matematyczną zająć ma się dziś jeszcze większy fanatyk, tu – fanatyczka, to kraj nasz zaczyna podlegać pełnej indoktrynacji a naszym dzieciom będzie się to, w sposób ciągły, nawijać na zwoje. To pewne. Niedługo będziemy przymuszani do klękania i myślenia wyłącznie o jednym. Jeśli się tego nie zniszczy w zarodku, nie zaprotestuje, powstaną zastępy denuncjujących. Czyżby była to ekspansja rzymska? Uznano tam, że skoro kiedyś tak było, to i teraz jesteśmy równie słabi?
Naukowcy twierdzą, że tamto wcale nie musiało zajść, nie było, w danej chwili, potrzebne, choć kiedyś, pewnie i musielibyśmy się jakoś zdeklarować. Usłyszałam rankiem w TOK FM.
To ci czasy!

Smaczne, bo ostre, węgierskie nawijki, czyli głuchy telefon


Opublikowano:07.09.2016
bankwar

Po wczorajszym, nadawanym w TV, spotkaniu pomiędzy węgierskim Urbanem albo Hun-banem, czyli Orbanem a Kaczyńskim, można by wysnuć parę nieciekawych wniosków, a to np. taki, że pierwszy doskonale „rozpracował” Polaka pod względem psychologicznym, chociaż to naszemu wydawało się, pewnie, że to on brylował. Tamten nawijał mu na uszy wszystko, czego się wcześniej dowiedział, niby to popierając a jednocześnie od razu zastrzegając sobie, że nie we wszystkim im po drodze. Mówił o religijnych potrzebach nowej Unii, powrocie do starych zasad i, pewnie, o rewolucyjnych, z czego zaraz się wycofał, ale znacznych, także, posunięciach, prowadzących do, być może, oczekiwanej zmiany, choć od razu, mówił, że on aż tak awangardowy nie jest. Miało się wrażenie, że podpuszcza, podjudza i bada, na ile prezes się zapędzi. Czyżby chciał wyczuć, chciał się dowiedzieć, jak daleko teorie przeciwne interlokutorowi, opisujące jego charakter, są prawdziwe. Cały czas migał się i lawirował, pozornie, wcześniej, opisując sytuację aż tak napiętą. Kolega z Polski „łykał” te banialuki z przyjemnością. Wyrzucane przez Hun-bana, poklepywania, w stylu – starszy, więc mądrzejszy, w stronę Kaczyńskiego, osiągały zamierzony, choć nieuświadomiony przez naszego, efekt, w postaci języczka wybitnie uwypuklającego policzek. Duma rozpierała. Ten człowiek, zodiakalne bliźnię, nie mógł wiedzieć, że jego podstawowym mankamentem jest, pomimo wszystko, dziecinne, niczym niepoparte, zaufanie wobec, zdawałoby się, przyjaciela. Toteż, uznawszy, iż razem mogą wiele, Polak brnął dalej w swoje imaginacje sławy. Ogólny wydźwięk był jednak taki, że dowiedzieliśmy się, jak bardzo nasz chce się posunąć w rozpracowywaniu i przegrupowaniu Unii, bo przyznał, że sprawdza, komu zaufa i, że zamierza iść na sam szczyt. Niestety, temat nie był kontynuowany, bo Węgrowi już wystarczyło, skoro dowiedział się a może, znając towarzysza już dobrze, chciał to, po prostu, innym unaocznić, bo nasz rozmarzył się na moment o zaszczytach coraz to większych i najwyższych.
***
I tu mogłabym swoje widzenie sprawy zakończyć, ale jest jeszcze coś. Zastanawiam się, jak bardzo, ów prezes przeżyje swoje ewentualne, bolesne lądowanie, kiedy sam otworzy oczy i zobaczy wspaniałą komitywę „drugiego bratanka” z tymi, których tak tamten wcześniej piętnował. Może być nieprzyjemnie. I może być „grubo”. Ale, ja nie mogę nic. Mogę próbować łączyć słowa z gestami i mogę przewidywać. Bo zodiakalny bliźniak, kiedy poczuje się zdradzony, jest nieprzewidywalny.

kosmos

Wałbrzych z pamięci i lektury


Opublikowano:26.08.2016
bankwar

Wałbrzyski pociąg podziemny jak nie pojawia się, tak nie pojawia. Nie istniał i nie istnieje. 500 mln zł korzyści marketingowych, czyli tych, jakie musiano by wydać na reklamę w mediach, a się nie wyda, bo nie trzeba oraz 140 tys. wydanych na poszukiwania, snute, niesamowite wizje, które ściągają dziennikarzy i turystów, żądnych zobaczenia cudu. W kolejnych warstwach odcinków terenu, wskazywanych przez teoretyzujących niby to naukowców, niczego nie ma. Nie ma skarbów, które miałyby rozsławić i poszukiwaczy i teren. Ściągnięci obietnicami zysku, eksploatatorzy obcy przybywają, pomieszkują i działają. Świat dowiedział się, że takie tereny w ogóle istnieją. Mieszkańcy ich, przez moment, przeżywają wielki boom – w oblężeniu swoich 10 hoteli, gościńców, pensjonatów, dworków, restauracji, w handlu i zainteresowaniu. Na 65 km ściągane są różne maszyny, które mają ziemię dalej drążyć, podtrzymuje się najprzedziwniejsze teorie i… ciągle nic. Ileż można podtrzymywać takie plotki?
Wałbrzych – miejscowość, kiedyś, ogromnych kopalń Fuchs; Victorii, Wałbrzych, Thorez, potem wygaszanych, a także ich szybów: Chrobry, Staszic, Powietrzny i Zbigniew, Kopernik, Wojciech, Irena, Gabrieli Barbara, Jozef, Witold, Jerzy i Klara oraz Julia, Sobótka, Jan Tytus i Chwalibóg, Dawid, Mieszko, Segen Gottes, Herman oraz Teresa. To teren hałd: Wiesław, Victoria i Matylda, Krakus, 1-go Maja, Moniuszki i Staszica. Wszędzie pracowali ludzie. Ci, pokazywani jako oprószeni miałem węglowym i ci, na uroczystościach w garniturach i z piórkiem na czapce. Dalej, zakopano osadniki: Victoria – Gaj, Zbiornik Centralny Moniuszki, 1-go Maja i 3 osadniki Thorez. W latach 90 ub.w. wygaszono wszystko, choć w ministerstwie udawano dobrą wolę odnośnie restrukturyzacji. Szyby zasypano bądź przejęły je osoby prywatne, często w celach przechowywania odpadów, choć gdzieś tam powstał i salon samochodowy, a to, co zapisano do Rejestru Zabytków WKZ, niszczeje, jakiś hotel stał się domem mieszkalnym, maszyny pocięto albo wyekspediowano do punktu złomu, hałdy przekazano Lasom Państwowym, inne budynki spalono i wyburzono. Kilkanaście tysięcy mieszkańców wyemigrowało w okolice i dalej. Moja rodzina – też. Nazwiska, ciekawe profesje, wszystko było i nie pozostało nic, poza pamięcią.
Chciano stworzyć nowy szyb Kopernik, ale i to zasypano. Nie ma rozwijającej się, kiedyś, w dawnym stopniu, kultury, dziś Wałbrzych jest miastem opuszczanym nagminnie przez młodych, bo jest miejscem wielu tąpnięć. Na co było czekać? Na pylicę krzemową, złapaną przez dziadów?
Legenda o kosztownościach pogermańskich szabrów miała wszystko odmienić. Zamek Książ i Centrum Nauki i Sztuki Stara Kopalnia stają się, póki co, miejscem zwiększonych odwiedzin, miejscowi sprzedają gadżety z nazwą WAubrzych. Czy to, aby, nie wszystko? Goście znajdują mnóstwo grzybów. Jacyś poszukiwacze wycofują się widząc, że to nie tunel a lita skała… Będzie jeszcze wykorzystana wiertnica. Ludzie zaczynają domniemywać, że znajdzie się kolejne miejsce wydobycia węgla. Czyżby chciano przewiercić ziemię aż do jej rdzenia? A może pojawi się jakieś źródło wód albo lawy? Pojawił się projekt Gminnego Programu Rewitalizacji Miasta Wałbrzycha na lata 2016 – 2025. Trwają konsultacje społeczne. Na ile wystarczy hartu ducha? Oto jest pytanie…
(z sentymentu do Wałbrzycha, siedziby, kiedyś, działań mojej rodziny; artystów, aktorów i poetów oraz za Politechniką Śląską i jej publikacją: Górnictwo i Geologia, t. 6, zesz. 1 z 2011)

kopalnia

Dawna i dzisiejsza rzeczywistość, czyli hetery, mniszki, kastraty, prawda małodostępna


Opublikowano:10.08.2016
bankwar

TOK FM – Off Czarek i rozmowa o prawdzie w Biblii. Wiedza imaginowana. Mity. Grecka rzeczywistość. Jak to było dawniej? W takiej Grecji… Jak to się stało, że tamci mężczyźni, już wtedy ubierający się w sukmany (pewnie dla niepoznaki odczuć), rozprawiający o ważnych rzeczach, zapragnęli towarzystwa? (ile można gadać o niczym?) Co to były te hetery? (panie towarzyszące, jedyne w tym środowisku, niby z powodu swej ogromnej wiedzy, dopuszczane kiedyś do rozmów i, po nich, używane w orgiach) Ciekawie, co? Jak to się stało, że kobiety te, jako mniszki (!), umiejscowiono w odosobnieniach? (kobiety uznane za samo zło, co miało chronić przed utratą dóbr, bo, przecież rodziły i panowie o swoje dbali) Zapytam zatem, bo się nasuwa: czyż mniszki to nie dzisiejsze zakonnice? I, dalej, po ich, niby to, niedostępności, bo zbyt seksownie śpiewały (a przecież, choć nie były to kobiety najpiękniejsze, to sam głos, uznany za diabelski, podniecał), pojawiali się młodzi chłopcy (!), którzy je zastępowali. Te głosy, chłopaczkowe głosiki, także się „podobały”. Zatem, następna ciekawostka: jak powstawali kastraci, śpiewający falsetem? (niby to, przez przypadek, tracący walory męskie, bo inne oficjalne powody – zakazane) Zastanawia fakt, że mimo wszystko, Maria Curie-Skłodowska była kobietą… I dzisiaj. Czyż to nam kogoś nie przypomina? Może zasady i ich łamanie, tych, w sukmanach? I, czy słyszeliście o rzeczniku ŚDM, który tak pięknie współpracował z przygotowującymi te dni, zwłaszcza, z dziewczątkami, co oczywiste, a dziś jest szczęśliwym tatusiem? Tyle miał wokół… Papież Franciszek u boku. Tuż, obok. Inna sprawa. Dzisiejszy katolik wszystko „łyka” bez zastanowienia a stosuje zasady adekwatne do swojej przestrzeni. Nie łyknie, raczej, np. tego, żeby tak, jak u Żydów, z nakazu kapłana Ezdrasza, pozbywano się żon z obcych plemion i dzieci z nich zrodzonych. Dziś to nieprawdopodobne. Zrzuca się tamto na kontrakty małżeńskie. Wspomniano o kontekście ksenofobicznym (jakże dziś aktualnym, bo, przecież, wyrażającym strach, wrogość i wyraźną niechęć przed obcymi, np. imigrantami i uchodźcami), o prawach nieoczywistych, związanych często z rytualną pobożnością czy sytuacją ekonomiczną. Nie należy tamtego czytać jak nakazu, ale jako postulatu (stanowczego życzenia, propozycji). Smok wawelski, postaci z mitów, czyli istoty rzeczywiste, umiejscowione w fikcji, w warstwie folklorystycznej. Wspomniano tabu religijne (czyli, fundamentalne zasady, których nie wolno, za żadne skarby, podważać, bo tak ktoś chce lub chciał, zakładał, bo stałyby się, w innym wypadku, śmieszne z gruntu). Należy zrozumieć rzeczywistość z czasów Jezusa, kiedyś – normy opisywane z tamtego punktu widzenia. Postawione pytanie: „kto stoi za pięcioksięgiem”, pierwszą częścią Starego Testamentu, podstawą judaizmu, dziś – i religii naszej? Toż to teksty przenoszone ustnie (jak w zabawie na komunikację od ucha do ucha), na jarmarkach czy napisane przez elitę. Zwróćmy uwagę na kontekst, czyli, zanim popędzimy na mszę, rozważmy go, przed próbą wyciągania wniosku z tekstu religijnego, np. tamtego, perskiego. Trzeba zastanowić się nad czasami, kiedy tekst jakiś powstawał a nie brać, jak leci. Tyle podpowiedzi. Prawda, że mądrych?

grecko

Kwesta i czary: przepustka czy klątwa? Co wybierasz?


Opublikowano:09.08.2016
bankwar

Od jutra, tzn. 10.08.2016, pisowscy entuzjaści organizować będą kwesty. Będą zbierane pieniądze na 2 pomniki – na jednego z tych, „co ukradli księżyc” i dla reszty smoleńskiej. Tylko, jak to brzmi? Przykościelne i uliczne zbiórki, od razu będą wskazywać, kto jest za tym rządem a kto – przeciw. Tzw. cegiełki uzyskają nominał minimum 10 zł, ale pisowcy liczą na katolicką szczodrość, bo przygotowali nominały i 50 i 100 i nawet o wiele więcej. Podejrzewam, że każdy, z otoczenia guru, zechce się pokazać. Na to, pewnie, liczy też najważniejszy człowiek Polski… Czy kościół rzuci, na niechętnych, klątwę? Jedno pewne, że na papierkach, uzyskiwanych w zamian, ludzie dostaną podobiznę z Kaczyńskim. Czyżby miała to być i przepustka do nieba? Ciekawostka. Można też domniemywać, że będzie to spisywanie tzw. zastępów, świadczących o faktycznym poparciu dla PIS-u i ewentualnych szansach na nowe odliczanie, w przyszłych wyborach. To powie, od razu, jak szybko należy się zabierać za kolejne uderzenia i kolejne tzw. „dobre zmiany”. Dowiedzą się, ile jest czasu. Co do miejsca ustawienia owych pomników, przepowiadam, że zadecydują, na 100%, ci sami, co decydują o wszystkim – sami swoi. I, z pewnością, zadecydują nocą. To sprawi, że postawią, co będą chcieli, to samo też zadecyduje, że te koszmarki mogą się już, za chwilę, nie spodobać. Zresztą, czy to, co już powstaje, przypomina kogokolwiek? Bo ja nie widzę krzty z nikogo, a już całkiem nie widzę nic, z tamtego.
***
W międzyczasie, ciemności zaczynają opadać płachtą na naszą, dopiero co wywalczoną, wolność; po cichu, zbiera się głosy na rozpoczęcie procedury zamykania, w niedzielę, sklepów. Zapytam: czy to, aby nie bzdura, że ci, którzy wybrali taki a nie inny, zawód, zechcą mniej zarabiać, bo tak im śpieszno do przebywania w domu, czy śpieszno im do wydawania swych uciułanych pieniędzy na tacę, w kościołach? Każdy powinien mieć wybór. Także – wybór sprzedaży i kupna. Jeśli takiego nie ma, nie możemy przekłamywać, iż to kraj wolny. Do dzisiaj tak było. A jutro? Pytanie pozostawiam bez odpowiedzi, bo i przeciwnicy, dawna PO, także skręca w tę samą, co PIS, stronę. Na kolana i otwarcie.

kosmos

Komputer, opona, ekologia i jad


Opublikowano:15.07.2016
bankwar

Ciągle pada, zatem jest czas na „połatanie” wad naszych komputerów. Ja mam to już za sobą. Okazuje się, że pewne, używane przez nas, komputerowe programy ochronne, bez względu na wersję systemu operacyjnego, zwłaszcza w przypadku tego, bez już aktualizacji, ale nie tylko, bo nowsze i najnowsze również, dysponują pewną siłą, regularnie zżerającą naszych „okien na świat” przestrzeń. Dla kogoś, kto wykorzystuje te urządzenia wyłącznie w celach poznawczych czy komunikacyjnych jest to prawie niezauważalne, bo, owszem, ubywa mu kilobajtów, czyli pamięci na dysku C, ale trwa to długo, aż mu się samemu to wydanie komputera znudzi. Zresztą, ów ktoś nie ma pojęcia o tym, że od czasu do czasu, powinien użyć programu czyszczącego z pozostałości po np. przeglądaniu cudzych, nie zawsze bezpiecznych, stron, co ja robię przynajmniej raz dziennie. Ktoś, kto używa grafiki, programów tekstowych, muzycznych, kto tworzy, może się jednak spotkać z nagłą swego stałego czy mobilnego urządzenia „niemocą” i taką to miałam nieprzyjemność. Dysk C tak zaniemógł, że nie tylko każda ze stron otwierała się długo, ale i nie zawsze się otwierała a o defragmentacji całości nie mogło być nawet mowy. Po prostu – klops. Po prostu – brak odpowiedniej przestrzeni dla wykonania takiego przedsięwzięcia. Wiedzą o jej potrzebie ci, którzy budują swoje strony, robią foldery a w nich umiejscawiają pokaźne pliki, ciągle coś przenoszą, nanoszą i zmieniają. Postanowiłam rzecz wymienić, wszyscy się do tego przymierzaliśmy, bo nie chodziło o banalne wykupienie czegoś – jakiegoś, nie o urządzenie jakieś ładniejsze, ale o zminimalizowane, dużo większe w możliwościach działania na pamięci RAM. Tu, ktoś obok, wpadł na pomysł tego mojego, póki co, urządzenia, jakby to nazwać… retusz, odnowę biologiczną, rewitalizację czy sanację. Udało się rewelacyjnie, odzyskałam pamięć komputera i dalej, mogę coś na nim robić. Ale, dochodzenie do sedna, do owego czynnika, sprawcy zachłyśnięcia, trochę trwało a żaden producent żadnej rzeczy, zwłaszcza w dziedzinie elektronicznej, w życiu nie przyzna się, że stworzył coś czasowego i w tym wypadku, jeśli nawet wcześniej nieuświadomionego, to tak działającego, aby kupować, kupować, kupować. Jeśli niszczy nam się ekologicznie torebka na warzywa, wiemy o tym wcześniej, że taka jej właściwość. Jeśli dotyczy to innej dziedziny życia, nie dowiemy się nigdy, chyba, że sami zaczniemy w sedno wchodzić. Wtedy i sam producent zacznie z nami współpracować. Tak już jest. Taka jest zasada: głupiś? – myśl sobie co chcesz. Myślisz, że coś jest nie tak? – brawo! Tak jest w przypadku – tu coś dla panów – opon, które wcale nie muszą z racji swego składnika węglowego, być czarne, ale dostarczyciel składnika – monopolista, na to nie pozwoli, dopóki kula się to, co kula i nikt ani piśnie o czymś innym. Tak jest. A skąd wiem ? Pisałam pracę m.in. w Stomilu na temat opon właśnie. Farmacja. Leki. Tabletki, pigułki, obok obostrzeń datowych, zmieniają nazwę i stają się mniejsze albo opakowania produktu tego samego albo z mało ważnym dodatkiem, pojawiają się inne, ładniejsze, ciekawsze z reklamami o cudzie wynalazczym, co jest rzadkie. Trzeba się temu przyglądać. I nie dotyczy to wyłącznie naszego kraju, ale wszystkich. Skąd wiem, znowu zapytacie? Badałam. Telewizory – dziś coraz sprawniejsze i z różnymi opcjami, na początku wchodziły do nas jako odrzuty pikselowe (czy dziś?), ale… kto by się tam zorientował? Skąd wiem? Wiem i tyle. Zachłystywanie się ekologią, być może, niszczy spojrzenie obiektywne. A, nie? Po filmie o tym, co by się działo, gdyby porzucić dany obszar miejski… odpowiedź jest jedna. Wszystko zarosłoby tak, jak zarasta, jeśli nie ingeruje człowiek. Buszem. Ptaki zamieszkałyby tam, gdzie próbuje wślizgnąć się każdy gołąb, ciągle pozostawiający wszędzie swoje fekalia. W naszych domach. Pod ich wpływem, runęłyby gmachy. Jak po wojnie. Przesłanie? Człowiek powinien wałczyć o swoje, zwłaszcza o życie (patrz przydrożne drzewa – miejsca pochówku), a nie poddawać się fali nieograniczonego zrozumienia dla „biednych” pomniejszych, bo ci i tak się posieją i pomnożą. A, swoją drogą, czy pośród nich byłby i „barszcz Sosnowskiego”, selerowata, trująca, baldachimowa ta roślina przeniesiona z ZSRR? Skóra robi się czerwona, pod wpływem słońca naciekająca surowicą, dająca potem głębokie rany, na niej pojawiają i utrzymują się wieloletnie, ciemne plamy po furanokumarynach. Te z DNA łączą się ochoczo i dają nowotwory. Poparzenia mogą zaistnieć z odległości, bo one, te furano- unoszą się w powietrzu. Utrudniony oddech, zawroty głowy, łzawiące oczy – to siła tego 4-5m roślinnego, rozłożystego bandyty. Lekarz, lekarz, lekarz. A wcześniej obmycie wodą i mydło. 2-3 dni bez słońca. Sprowadzana w PGR-ach (takie spółdzielnie mieszkających i pracujących razem, jak w kołchozie) ku uciesze pszczół, i na kiszonki i pasze, tworzy, ponoć, silne i nie do ujarzmienia, banki nasion w glebie. I nawet, jeśli spróbować to wyplenić, do końca się nie da, bo szybko rośnie i uwielbia nasze ziemie. To tu zrobiła się jadowita… Może zabić. Przyjemności!

Mądrość odwrócona, ksenofobia i uzurpacja


Opublikowano:31.05.2016
bankwar

Użycie wojskowych do nadużyć stawia tę służbę w mocno niewygodnej i podejrzanej sytuacji. Tak bywało w krajach junty, tam, gdzie zaprowadzono terror. A, nie? A u nas, w wolnym mieście Poznań, dopiero co, za sprawą wiceministra obrony, znanego z odwiecznego badania sprawy smoleńskiej, z udziałem wojska właśnie (!) a nie straży pożarnej, stanęła pod osłoną zmierzchu, póki co przed jakimś kościołem, bez pozwoleń miejscowych władz, uznana za samowolę budowlaną 5-metrowa (szczęśliwie nie 12-sto) postać z rozłożonymi rękami. Postać nie przypomina nikogo, tym bardziej autentycznego człowieka z Dalekiego Wschodu. Nie przypomina ani jasną karnacją ani tamtymi rysami ani włosem. Jest jak Europejczyk – , bo Jezus musi być biały, wbrew prawdzie, której serce polskiego katolika nie zniosłoby. To tak wierna kopia jak ta płaskorzeźba nieżyjącego Kaczyńskiego. Ani to on, ani rzeźbiarz, ani nikt.
A w TOK FM, ostatniej nocy, socjolog Sergiusz Kowalski przyznał, że w każdym z nas, białych, jest 4% Neandertalczyka, tego, co to przywędrował z Afryki. Zatem, najprawdziwszym człowiekiem z ludzi, bo 100% jest… Neandertalczyk, czyli dzisiejszy czarnoskóry. Nie jest mi wcale z tego powodu miło. I dalej…
Zatem, każdy inny to jego gorszy sort. Tylko czarnoskóry ma dużo więcej % człowieczeństwa, aniżeli podbity kiedyś Europejczyk i każdy mieszaniec, im ciemniejszy, tym bardziej ludzki. Zdaniem Francuzów, Polak to taki Rusin, co myśli, że jest Francuzem. Nie ma, przecież, świata uporządkowanego. Przecież Amerykanie to tylko rdzenni Indianie. A co tam robią Polacy? Są madami, podróżnikami. Ciągle wędrują. Co robimy w Anglii? Nasi chcą mieć a nie dawać. Tak już mamy. Czujemy się lepsi a jeździmy na zarobek. Cierpimy i się mścimy. Zawiść nasza to proteza. Bo jesteśmy biedniejsi, sami ustawiliśmy się w roli ofiary. Nobilitujemy się poprzez cierpienie. Utożsamiamy się, swoją nadzwyczajność, z wzorcem na krzyżu. Nie lubimy innych, lubimy siebie. To sytuacja mieszanki megalomana, tej manii wielkości i poczucia bycia gorszym. Zarazem. Sami sobie wymyśliliśmy takich siebie. A wszystko za sprawą wychowania. Nie jesteśmy walczącymi plemionami a PIS wmawia nam, że jesteśmy my i oni. Kiedy wykupujemy nagminnie ziemie w Niemczech, nikt nas nie bije, nie odsyła. Dzieje się to wszędzie. Rozłazimy się. Jesteśmy ksenofobami. Czyli wrogami, nieprzejednanymi, nieprzyjaznymi wobec innych. Na złość sobie odmrażamy uszy. Synowie szlachciców, nie byli wysyłani już kiedyś do nauk za granicę, aby niczego złego się nie nauczyć. Izolowali się. Koszty mamy dzisiaj. Ot, mądrość odwrócona. Paranoiczna wielkość.

Dokąd to wiodą Was te wysokie progi?


Opublikowano:05.05.2016
bankwar

Zdrowymi ustrojami są, jak czytam, monarchia, arystokracja i politeja. Zwyrodniałymi natomiast ustrojami są: tyrania, oligarchia i demokracja. A cóż to takiego? Monarchia – ustrój polityczny lub forma rządów, gdzie niewybieraną w sposób republikański głową państwa jest jedna osoba. Jest to tzw. jedynowładztwo, bo władzę ma człowiek, monarcha. To księstwa, królestwa, cesarstwa, carstwa, sułtanaty, teokracje, papiestwo. Podziałów jest wiele. W zależności od centrum władzy może być feudalna (władca i możni), stanowa (on ze szlachtą, duchowieństwem, mieszczanami), absolutna (tylko on), parlamentarna (król-reprezentant i parlament). Bywają diarchie, gdzie rządzą dwie osoby, triumwiraty (3 osoby), będący odmianą dyktatury i oligarchii.
Arystokracja, w sedesie ustroju, to władza „najlepszych”, nieodpowiedzialna przed narodem, z rządami wedle własnego uznania, rożnie ograniczona.
Politeja – dominacja średniej klasy, bez przewrotów, hamująca ambicje uzurpatorskie. Zdaniem Platona – niemożliwa do utrzymania.
Tyrania – nieograniczona władza, zdobyta niezgodnie z prawem.
Oligarchia – podobna do dyktatury, tyle, że niewielkiej grupy ludzi z arystokracji lub bogatych rodzin. Jest kupiecka, magnacka, arystokratyczna. Dziś Chiny.
Demokracja -wola większości obywateli realizowana za pomocą przedstawicieli. Gwarantem parlamentarnej – konstytucja, najczęściej pisana.
Demokracja to zwyrodnienie politei, tak, jak tyrania jest zwyrodnieniem monarchii i oligarchia, jako ustrój – zwyrodnieniem arystokracji.
Politeja może przekształcić się zatem, niestety, w demokrację. Demokracja może spłaszczać się dalej, ku ochlokracji, czyli rządom pospólstwa, tłumu, albo zawracać ku słuszniejszej politei, czyli rządów wszystkich, ale rządów rozumnych, mających na względzie wspólny pożytek.
Ochlokracja, czyli ta, z rządami pospólstwa, zmierzać może w kierunku oligarchii lub anarchii a ta, dalej, ku tyranii.
Ustroje dotyczyły zawsze obywateli, czyli nie (!) wszystkich. Dawniej obywatelem zostawał tylko dorosły i to mężczyzna, zrodzony z czystych rasowo np. Ateńczyków. Kobieta była defektem. Defekt lub nadmiar w tej zasadzie zwano istotą nadludzką, nędznikiem czy idiotą. Dopiero kryzys w rządach spowodował zmiany w postrzeganiu.
A dziś? Dziś każdy prawie pisowiec zarabia sobie 7-12 tysięcy, bo mieści się w zwariowanej liczbie ważnych ministrów i wiceministrów, pełnomocników, w resortach, super-resortach. PIS, z poparciem kościoła, przestawia media, dzieląc je na dobre i złe. Nakazuje płacić za przez siebie wskazane, bez względu na użytkowanie. Rozdaje tym, których chce przekabacić. Czy jest to już zalążek triumwiratu czy tyranii? A może monarchii, bo jeden człowiek z tylnego rządzi stołka? Tyle, że jest sam i stary, bezdzietny. Ale, jest pytanie.

Policzek i przemoc czy równe prawa? Nieustalony banał


Opublikowano:03.05.2016
bankwar

tym razem wrzucam ze swojego Facebooka… Tak myślę, bo widzę w tym względzie ogrom nieporozumień, w których nikt nie potrafi się znaleźć ani niczego, żadna grupa decydencka, nie potrafiła uzgodnić i dotąd nie uzgodniła. Stad, zatem, ten tekst…
Flaga, konstytucja, zasady równe dla każdego.
Czytam artykuł o muzułmance wrocławskiej, czyli dziewczynie z Polski, która wyszła za Araba.
No właśnie. Wyszła i zaczęła przyjmować jego zasady; kwef i takie tam, sukmany… Niby, nikomu, nic, niby żyli sobie szczęśliwie, niby…
Ale. Wszystko na niby. I jest ok. Burzymy się na tych, którym nie podoba się napaść, nawet słowna, na inaczej wyglądających, ale… Muszę to napisać, bo nie każdy sobie to uzmysławia…
Mam spostrzeżenie: a czy nie zdjęlibyśmy butów i nie założylibyśmy długich spodni, płachty jakiejś, wchodząc do meczetu gdzieś tam, daleko, gdzie pojechalibyśmy, skoro inni to robią?
A czy nie zakładają, przeciętni turyści a i ci z rządu, jarmułek w bożnicy, gdzieś tam w Izraelu, gdzie jadą a i nawet w Polsce? Dlaczego więc nie mają zdejmować swoich opakowań z twarzy i brzucha ci, co zamieszkują obce im dotąd ziemie, czyli np. tutejsze? I nie jest to wcale jakieś tam „fiu bździu” narodowościowe, jeśli… to nie bije.
Jaki to wybór tam i jaki to wybór tutaj?
Kto ma o tym decydować?
Kto decyduje?
Dlaczego jedni się czemuś poddają a inni uzurpują sobie prawo decyzji?
Że słabszy musi a silniejszy – nie?
Że obcy musi a swój nie?
Że obcy – my tam – czuje się zobowiązany do zachowań nieostrych a oni tu – to mogą wprowadzać swoje prawo?
Że tam, gdzieś, na plażach, można opalać się w topless a tu i tam – nie?
Sprawa, jak widać, nie jest równa i rozsądnie uzgodniona, zatem może i lepiej pozostawić obyczajowość danego państwa, w granicach prawa i konstytucji, nienaruszoną przez przypływających… Co lepsze?
Oni wchodząc, mają szanować warunki zastałe czy burzyć mogą to, co zastają?
Czy nie lepsze to pierwsze, bo nie niszczy a daje poznanie?
Myślę, że sytuacji takich moglibyśmy przypomnieć sobie i więcej, gdzie oddajemy szacunek, wcale nie będąc częścią zastałej formy. A nie?
Banały to: u kogoś wysokie dywany, a Ty masz odruch zanurzenia się w nich stopami bez butów,
oglądasz u kogoś byle co, choć wcale nie masz ochoty, bo tego nie trawisz,
myjesz korytarze, bo jakaś sąsiadka wymusiła to na Tobie, pomimo, że dozorcy za to płacą,
nie siorpiesz, bo U NAS nie wypada itd. itp.
Nie jest tak? To wszystko zasadza się na czyjejś uległości wobec przemocy…
A dzisiaj mówimy znowu o wolności. Jakiej?
Czy nie o dogadaniu się raczej? Takim ustawieniu sprawy, aby wszyscy mieli świadomość prawa i konstytucji? Takim ustawieniu sprawy, abyś nie poczuł się, że dostałeś policzek? No właśnie.

Zniszczyć samice, czyli kobieta istotą gorszego sortu


Opublikowano:03.04.2016
bankwar

Lekceważenie kobiet, jakoby nie były władne decydować o swoim ciele, może doprowadzić do żądania przez nie i wymuszenia na facetach poddania się zmianom fizycznym w kierunku rodzenia dzieci. Ha ha ha, boicie się już, faceci? Terroryzm Wasz, nadwartościowywanie Waszych spalin, oj, przepraszam, chciałam napisać – wydalin, w tym plemników, prowadzi do wojny dwóch płci. Ciekawym, dodatkowo, jest, że kobiety, które mówią „stop aborcji”, same albo dzieci nie mają, bo są odrzuconymi w istocie panienkami na wieki, są dziećmi urodzonymi wbrew np. tatusiowi albo mają je, te dzieci, bardzo chore. Nie dziwi miłość do już posiadanych takich istot, bo każdy się jakoś przyzwyczaja, podobnie jak do tzw. milusińskich, a, nie? Że to nie to samo? Właśnie. Z jednej strony chcemy tamte też chronić i nazywamy naszymi dziećmi, nadajemy im imiona ludzkie, oburzamy się na przemoc wobec nich, śpimy (!) z nimi a z drugiej… nie chcemy nazywania ich naszymi niższymi, młodszymi, braćmi. Jakież to obłudne! Ale, inna sprawa, czy nie jest tak, że w większości wypadków, te kobiety pozostają same, ze swoimi problemami? Tatusiowie, najczęściej ci młodsi, odchodzą i szukają nowych gniazd. Wcześniej, nie widzą nigdy przyczyny w sobie, więcej, nawet mamusie, teściowe, babcie… widzą w przyczynach zawsze kobietę, stąd każda niemożność poczęcia rozpoczyna domowe a potem lekarskie, podejrzenie jakiejś nieprawidłowości u niej. To od niej rozpoczynają się wielomiesięczne, męczące i zniechęcające, praktyki eliminujące. A facet? Bywa, że, jak w przypadku mojej znajomej, po wielu takich dniach, odpuszcza sobie. Najpierw zarzuca coś jej, swojej „onej” a potem stwierdza, że to nic ważnego. Tak też bywa. Bo to on. Nie dopuszcza do siebie jakiegoś feleru. A w dzisiejszych czasach facetów z taką biedą jest coraz więcej. Dlaczego w takich sytuacjach nie biorą zatem dzieci z odzysku? Dlaczego nie słuchają swoich religijnych przewodników? Bo tamci też nie biorą? Otóż to. Mogliby dawać dobry przykład, ale wciskają to innym, tym głupim poddanym swym. To jedna sprawa. Inna, że kościół przepuszcza atak, chcąc wymusić teraz, kiedy PIS jest u władzy, to, czego za czasów czarownicy, jak nazywał prezydentową Kaczyńską, nie osiągnął. Dziś takiego oporu wobec jego żądań nie ma, choć duży wpływ, jak czytam, na kolejnego Kaczyńskiego ma pewna, utajniona, pani Goss. Kimże jest? Siostrą czyjąś, kuzynką, ciotką? A, jeśli tak, to co? Pytania same się cisną na usta, bo zadośćuczynienie w postaci taaakiej posady nie jest za nic. I jeszcze to. Na koniec. Jeśli nie wiecie, jak wyglądać mogą resztki dziecka z, jak to nam wmawiają pisowcy, nóżkami i rączkami, ale: z przepuklinami – jedną na drugiej, to może, rzeczywiście, niechaj zakochani w tej opcji rodzą, rodzą i grzebią, rodzą i się dziwią, ile popadnie, ale od innych won! Terroryści niszczą fizycznie, wszystko jedno, kogo, bo chcą do wyśnionego nieba, uchodźcy uciekają niby w lepszy świat i bywa, że napadają na nasze, lepszego świata kobiety… A co napisać o własnych barbarzyńcach? Napór ich trwa. Porównywać… uświadamiać, obrazować… rozmawiać i bronić Konstytucji. Tam jeszcze nie ma o naszej, kobiecej, podrzędności.

Gniezno – kolebka chrześcijaństwa, czyli wartości. Czy i narodu?


Opublikowano:11.03.2016
bankwar

Wypowiedź Prezydenta Dudy w Gnieźnie – relacja spisana dla potomności w mój, subiektywny sposób. „Te 1000 lat temu, odebraliśmy chrześcijaństwo z rąk niemieckiego Ottona III, ta religia znalazła tutaj podatny grunt… Chrześcijaństwo wróciło i się rozwijało budując polską tożsamość… Z kronik wynika, że już wnuk Mieszka I władał łaciną i greką. W 1364 r powstała Akademia Krakowska, bliska memu sercu… Dobrawka przyniosła wczesne chrześcijaństwo, ten dobry prąd… Skutki – Polska z tą wielką historią… Chrystianizacja… Jakże nowoczesna i głęboko chrześcijańska myśl. Kiedy dzisiaj w tych materiałach zjazdowych czytam (!) stwierdzenia ale i pytania, czy dziś jesteśmy ludźmi w pełni wolnymi, powiem tak: nie mieliśmy pełnej niepodległości, ale odzyskaliśmy tę wolność, bo była w nas. Byliśmy, jesteśmy i będziemy ludźmi wolnymi. A wolność, dla mnie, oznacza, że ponosi się odpowiedzialność za bliźniego, za misję i za państwo. Wolność nie ma charakteru bezgranicznego. Mieszko zdecydował się przyjąć chrześcijaństwo, bo ono porządkuje państwo, bo wprowadza pewne zasady. Nie było to łatwe: od dzisiaj będziecie mieli jednego boga, będą nowi kapłani i nowe zasady. Jak wielka to siła chrześcijaństwa, oparta na dekalogu, nigdy nie dało się wyplenić. Próbowano nas pozbawić boga, trwaliśmy właśnie przy systemie wartości. Pytamy, gdzie dzisiaj jest Europa… Doktryna społecznej gospodarki rynkowej jest oparta na encyklikach papieskich, na poszanowaniu wartości. Ma się wrażenie, że Europa, czy też jej ludzie mówią, że ten fundament jest niepotrzebny. Ale to tak, jakbyśmy chcieli ściąć drzewo. Drewno nie będzie się rozwijało, od swoich korzeni odcięte. Wyrzeczenie się wartości, jakie przynosi chrzest, nie prowadzi do rozwoju. Ileż to cywilizacji upadło… ileż to ideologii powstało w ciągu ostatnich lat, tych wartości wyrosłych na tym pniu… (zapytam: rośnie na pniu zatem, czy nie?) Tu odwołał się do Jana Pawła: „Iść, jednoczyć się, mawiał, ale także po to, aby do niej nieść to, co najważniejsze: Bóg, Honor, Ojczyzna”. Tu – wspomnienie Inki. „Ostatnie jej słowa: zachowałam się, jak trzeba”. I dalej: „trzeba to powtarzać tym, co tak zazdroszczą innym. Konsumpcjonizm odrywa nas od tego, co najważniejsze… Doszło do swoistego zagubienia… Dochodzi do relatywizowania tego, co ważne, wartości od poczęcia”. Wiele razy wspominał Jana Pawła i „Wyszyńskiego, który nie ugiął się i był człowiekiem niezłomnym” (wtręt własny: oj, chyba, coś nie tak… Czy tak można przerzucać się słowami i je wykorzystywać, jak się chce, zatem – manipulować nimi?) Jednym słowem: Prezydent przybył, jako Prezydent jednej, jedynie ważnej, dumnej, z kiedyś, przez Niemców, podanej ręki, dziś odcinanej, opcji. A nie? Jeśli jacyś inni, jacyś tamci, wszystko jedno, kto, myślą i mówią, jak nam odpowiada, to jest ok, a jeśli nie, won! Potwierdza się to w każdym przypadku. Izolujemy się, bo my – rząd wiemy, z czym naszemu społeczeństwu dobrze. Ono też zrozumie. Kiedyś.
No, tak. Nie było nas przed 1000 lat. Nie, bo nie. Byliśmy zwierzętami? Tak chcieliby… Nie zgadzać się, mogę?

Odeszła do gwiazd…


Opublikowano:08.03.2016
bankwar

Notatka z tych smutnych. Zdarza się, że kiedy odchodzi ktoś z rodziny, kiedy zamierzamy coś tam, dla potomności, napisać, zdajemy sobie nagle sprawę, że osoba ta jest nam znana jedynie ze skąpych wtrąceń kogoś obok. Że był. Tyle wiemy. Ciocia Basia była. Była żoną wujka, dość bliskich gałęzi, ale wujka żoną. To o nim się mówiło. To on brylował z tamtej strony. Kiedy ktoś mówił o czarnym wujku, wszyscy wiedzieli, że to o nim. To on był dyrektorem. To on miał dwóch synów. O Barbarze Doszli wiem, że była. Dlaczego nikt, nawet syn, nigdy o niej, w żaden sposób nie wspomniał? Nie wiem. Nie wiem, kim była, nie wiem, czym się interesowała, nie wiem niczego, oprócz tego, że… przy mężu. I jedno, co napiszę, że to wielka szkoda. Odeszła w Zabrzu nad ranem, dnia 5.03.2016, pogrzeb – w Dzień Kobiet, 8.03.2016 o g. 13.
Jakoś przykro.
Była
była kochana
była podporą
była, czekała,
była tuż obok
***
ciocia Barbara Doszla
odeszła do gwiazd

bleblin, 8.03.2016

gwiazdki

Po nartach, na drodze, czyli wypadek Prezydenta


Opublikowano:05.03.2016
bankwar

Z Facebooka, bo uważam, że to nader ważne. Po miłych zabawach zjazdowych parlamentarzystów w Karpaczu (tego jeszcze nie było!), kolumna najważniejszych, mówiono, wracała do Warszawy, teraz wiemy, że do Wisły. Tam Puchar Świata. Pośród nich – Prezydent Duda, podobno w BMW7. Musiał pędzić szybko, bo nagle zawinęło go na skos, tylna opona wyleciała w powietrze a Prezydent wraz z kierowcą zatrzymali się na jakimś, pełnym plonów, polu. Czyżby kapusty? Gdyby nie brak akurat tam drzew (A4, okolica Brzegu w Opolskiem), gdyby nie brak, akurat tam, jednego z tych okropnych rowów… (Prezydent nawet tego nie zauważył, że tam rowu żadnego nie było!) dobrze, że nie stało się gorzej. Były tylko (!), jak czytam, barierki graniczących ze sobą dróg w obie strony. A gdyby były drzewa? A gdyby był ów rów? Czyli, że mieli szczęście? Ktoś to sfilmował i wrzucił na Twitter. Facet z ochrony BOR uważa, że nikomu nie zagraża niebezpieczeństwo i, po raz kolejny, jak wszystko, Błaszczak nie bierze i tego na klatę. Ekspert, co czytam na stronach Faktu, przypuścił, że, być może, użyto oponę run flat, czyli tę niską, niechcianą przez użytkowników, bo bardzo nieodporną na uszkodzenia. Zatem, minimum, to jakieś zaniedbanie. Kościuszko, zawodowy rajdowiec, uważa, że seryjny samochód został wyposażony w tyle dodatków, że stał się ciężką torpedą, którą, być może, zapomniano zaopatrzyć w silniejsze, wielkie opony. Prezydent, ot, wysiadł i pojechał autem innym. Po pierwsze, ciekawe, czy ktoś go tam zbadał? Wątpię. Jedyne, co powiedział, to to, że kierowca zachował się wzorowo. Zapomniał, czy nie uzmysłowił sobie, że jego kierowca wyprzedzał innego, czyli jechał jak wariat i tak kosił trawę czy barierkę, że widać na filmie, jak części poleciały nad barierką na drugą stronę. A gdyby tak zabił innego, jadącego 1. w tę samą stronę 2. albo jadącego całkiem w stronę przeciwną? Dlaczego do tej pory Prezydent mówił wyłącznie o sobie? Szok? Od prowadzącej rozmowy w radiu słyszę dziś, żeby nie zrzucać, przy okazji, winy na drzewa. A to, że, w wielu miejscach, rosną tuż przy drodze i to na nich kończy się życie wielu, to nic? Przedstawiciela Kukiza15 zadziwiają przy okazji niepotrzebne rowy… Ja widzę też niebezpieczeństwo dla innych, całkiem niewinnych użytkowników jezdni. I się zastanawiam, jak bardzo los każe się nad wszystkim zastanawiać… Nawet tym, co uważają, że są z nim dogadani. Zapytam: bo się tak modlą? I przywołuję tylko podobne zachowania uczestniczących w jednym meczu. Obie strony uważają, że mają podstawę do tego, aby ktoś, pewnie ktoś władny, im w zwycięstwie pomagał a zawsze, jeśli nie ma remisu, wygrywa tylko jedna ze stron. Zwykle ta, która to, po prostu, umie a nie buńczucznie los ów wyzywa na pojedynek. A, że Macierewicz winien zebrać kolejną komisję w tej sprawie, tym bardziej, że wielu widzi w tym zamach, to przy innych, mniej ważnych historiach, jest jego, myślę, powinnością. A nie? Sekundy dzieliły…

Dywagacje na temat 500+ i władza jako smakowity kąsek


Opublikowano:17.02.3016
bankwar

Zasada 500+, bez uwzględnienia osób samotnych, a z odpowiedzialnym rodzicielstwem, czyli koniecznością istnienia rodziców, jest jakoś tak bardzo po myśli Opus Dei, a i przedstawicieli…
Tych macie na talerzu: archiwalia
Usłyszałam w TOK FM (!) o tezie kiedyś działania przeciw, bo na rzecz obcej finansjery a dziś za… Czyjego? A pana, który dziś trzęsie niby to finansami naszymi, syna wielkiego opozycjonisty.
Cóż to ta Opus Dei? Poszukałam i się rozprzestrzenianiem „wirusa” załamałam. Do kontaktów z mediami kierowani są tzw. „prości ludzie”. To nie jakaś określona opcja polityczna, ale najczęściej – prawica, to ludzie żyjący w ascezie, pracujący ze wszystkich sił, że zapytam, czy po nocach? To posłowie, dziennikarze, bankowcy…
Są punktualni, rzetelni, zdyscyplinowani, pracują niczym automaty. Jak czytam, ci ludzie „w ciągu dnia często się modlą, sekretnie odmawiają różaniec, czytają brewiarz bądź liturgię godzin. Księża prałatury dbają, by nawet powtarzane po raz tysięczny te same modlitwy były odmawiane z zaangażowaniem. Dom ich … nie różni się od innych polskich mieszkań — jedynym śladem przynależności do dzieła jest obrazek przedstawiający ks. Escrivę”.
Szukam dalej… Przyszli kiedyś z Hiszpanii, a założyciel przez 10 miesięcy leczył się psychiatrycznie i uciekł. W 2010 jego prałat pojawił się w Toruniu. Studentki i nauczycielki pracują dlań w wolontariacie w Madrycie, pracują u nas w domu opieki społecznej w Bydgoszczy, Szkole Biznesu IESE, przymusowo sprzątają kościoły, pracują w Rzeczpospolitej, Gazecie Pomorskiej, wytwórni muzycznej CCM, ośrodkach Barbakan i Skała, najbardziej radykalni mają spotkania pod Mińskiem Mazowieckim w „Dworku”, w paru miejscach w Warszawie i Szczecinie, Krakowie, Poznaniu. W najsilniejszych a i tych pomniejszych, miejscach. To w Polsce.
Każdy niszczy każdego, mają na siebie haki. Walczą przeciw prawom kobiet (!), przeciw aborcji (!) i wolności wyboru wyznania (!), wkradli się w urzędy Unii Europejskiej. Idee znane i przez społeczeństwo niezrozumiałe co do celu. A cele są. Siła i zorganizowanie. Facet. Mężczyzna wódz. Czy nie jest to jednak jakoś bliskie tym z opcji w turbanach? Śmiać się czy już płakać? W Szwecji są w 8 miejscach, w tamtejszej stolicy mieszkają podzieleni wg płci, żyją w celibacie. Na działalność dostają dofinansowanie. Dla dziewczyn organizuje się zajęcia z gotowania, mody, design a dla chłopców – inne, stosowne, zajęcia (pewnie dziś też z jedzenia i modelingu – przyp. własne) lub odrabianie lekcji(!) Wyłapują właściwych. Członkowie muszą żyć w „świętości”, przestrzegać codziennie 127 zasad chorego psychicznie założyciela Josemaria Escriva.
Gdyby nie duże nazwiska zewsząd (!) powiedzielibyśmy, że nie ma się o co martwić. Jakże pięknie się ze sobą kłócą, jakże pięknie udają ideologicznie przeciwnych… Obsadzani, zapraszani, wysłuchiwani. Niczym reality show dla każdego. Podniecamy się, niezależnie od opcji, nakręcamy a oni? Oni, wystarczy, że po wszystkim powiedzą sobie Opus Dei i pójdą na wódkę. O, przepraszam, niby nie piją, nie palą, ale nakazano im, aby różnych uciech zaznawali, bo społeczeństwo jest właśnie takie, zatem wszędzie znajdzie się i popielniczka i… obrazeczek guru.Tego od zasad.
Podejrzewamy tych czy tamtych o kopiowanie Ruskich czy Amerykańców, Rzymu czy jakichś innych, co w nas się podsyca, buduje a tu mamy całkiem inne, łączące tamtych idee, najsilniej, rzeczywiście, wchłaniane przez nas, przez tych, z szabelkami. Te idee z Jezusem-panem… Można by każdego, kogo spotykamy, zapytać, czy aby nie należy do mafijnej sieci Opus Dei. Wystarczyłoby: Opus Dei? Na całym świecie to samo. Zachowują dyskrecję i tajemnicę, czyli omertę, zmowę milczenia… Łącznikowe słowo-klucz to Opus Dei. Dają palec, odgryzają całość. W ideologii tej jest rodzina „bez ohydy miłości cielesnej”, lobbing, czyli to, zarzucane innym, obsadzanie stanowisk swoimi i sympatykami – w polityce, gospodarce, nauce i kościele. „Bez ohydy cielesnej”, że powtórzę? A dzieci to od bociana czy całkiem o coś innego tu chodzi? Czy nie o rzesze? Nie o szeregi, o swoich? 500+ maluczcy wezmą. I będą wielbić. I o to chodzi…
Praca, praca, praca… Hierarchia, antydemokratyzm, totalitaryzm, kult grupy, sterowane objawienia, doktryna nawet wbrew rozsądkowi… Posługiwanie się, pewnie dla „mniej kumatych”, symboliką najprostszą: białe-czarne. Niektórym się to myli:) zasady
Już nas wchłonęli? Dusimy się już czy… za chwilę? Spójrzmy, z kim pracujemy… Czyżby nie na początku nazbyt miły a potem wymagający, że strach? Strach to się bać, jak ktoś powiedział… Dla chętnych: napisano

Parlament – emocje, prawda obnażona


Opublikowano:09.02.2016
bankwar

Rozpoczął się Sejm. tv.parlament W obliczu przebywania w Polsce zaproszonej ot, dla hecy, (dlaczego? Bo, jeśli będzie po myśli PIS-u, to się rządzący dostosują a, jeśli nie – to tylko rozpatrzą) Komisji Weneckiej, szanowne Prezydium sejmowe pozwoliło wyjątkowo (a nie?) na debatę z wypowiedziami 15-minutowymi a nie, jak zwykle czy jak dotąd (zmiana pod wpływem Komisji?), 5-minutowymi. Co ciekawe, w pewnym momencie, Marszałek opcji PIS-u się nawet pomylił, i powiedział o wersji 5-minutowej (do sprawdzenia w nagraniu). Pomimo to, po wyjeździe Komisji, sprawy się przyśpieszą i bez względu na rodzaj, słuszność – niesłuszność pytań, sprawa będzie załatwiona. Taki jest plan, bo już wiemy, że już teraz, określonego dnia, nad tym, co tu wymyśli Sejm (PiS to już wie, kiedy), co potwierdzono pismem zatwierdzenia (!) wysłanym już (!) do Senatu, obradować będzie Senat właśnie. To wyjawił w telewizji senator opcji lewicowej. Ciekawostka? Otóż to. Wbrew temu, co mówią PIS-owcy, już, z góry (!), wiadomo, że zostało zatwierdzone to, co było wcześniej przez nich przemyślane. Czy najważniejsi, wyjątkowo, będą się bawić w poprawki, zobaczymy i usłyszymy na www.parlament.pl Nie da się tego zagłuszyć. 500+ ma zaspokoić potrzeby dziecka. Moi młodzi krewni z innych krajów pękają ze śmiechu. Dla nich to na waciki. Tam też dają, ale jak już, to DAJĄ. Minister mówiąca o cudzie 500+, mówi sama, że mieć dzieci to potężna inwestycja. Młodzi mają inwestować w dzieci? Nie w siebie? W państwo, w starych? Hipokryzja niedomówień co do celu. Nie dotyczy to mnie, ale wstyd mi za takie pomysły. Młodzi już tego nie słuchają, a jeśli słuchają, pękają ze śmiechu. A może by tak za dzieci wzięli się ci sami, co tak namawiają innych?

Śmieszni jesteście, gadacze, śmieszni…..


Opublikowano:08.02.2016
bankwar

Tu i tam słyszymy, na okrągło, to samo. A to, że ci a to, że tamci… i nic z tego nie wynika… Kolejne, naiwne rozmowy o niczym (ostatnio w EKG) trwają. Tym razem PIS zarzuca PO, że ci mieli 8 lat i nic… a teraz chcą aż tyle… Ha ha ha, naiwniacy. Nie rozumiem, dlaczego NIKT, w telewizji i radiu, nie zauważył, że w KAŻDYM zdaniu rozpoczynającym wypowiedź kogoś z PO na temat choćby 500+ pojawia się słowo JEŚLI. Czy już nikt nie zna gramatyki polskiej, że to słowo wszystkim umyka? Wiem, niektórzy chodzili na wagary, ale żeby tak wszyscy? Mówiąc wprost: „Jeśli” oznacza przypuszczenie, zależność (!) a tutaj, na dodatek, kpinę (!), oznaczającą: JEŚLI MACIE, jak mawiacie, to dawajcie, ale sprawiedliwie… Czy to takie trudne do zrozumienia? Wszyscy wpadają w tę pułapkę, jak w masło albo jak w maliny. Mam w tego słuchaniu przeogromną frajdę, niezależnie od tego, co uważam. A uważam, że, jak zwykle, NIKOMU nie chodzi o społeczeństwo „jako takie”, o jego dobro (no, może przy okazji) a o jego zjednanie dla swoich jednostkowych, grupowych, interesików… I dyskusje, że ci z PO ( wcale nie moja broszka) wcześniej nie chcieli a teraz chcą, jest, doprawdy, śmieszna…
Dla wszystkich głupoli – wstawka ze Słownika języka polskiego: „jeśli to spójnik wprowadzający zdanie podrzędne określające warunek, od którego spełnienia zależy to, o czym jest mowa w zdaniu nadrzędnym”.I dalej: „spójnik wprowadzający zdanie podrzędne określające OKOLICZNOŚCI, w jakich zachodzi stan rzeczy, o którym mowa w zdaniu nadrzędnym”. Nic? A warunek, okoliczności to nic nie znaczy? Mam też to tłumaczyć? No, to tłumaczę jeszcze raz, że jest tu „mowa o zdarzeniu uważanym za NIEPRAWDOPODOBNE do tego stopnia, co zdarzenie charakteryzowane w zdaniu nadrzędnym”. Jeszcze nic? To dlaczego owi dyskutanci dostali jakiekolwiek papiery na bycie naszymi przedstawicielami? Karmicie nas wieczną papką…

Expose, subiektywnie, zwyczajnie…


Opublikowano:29.01.2016
bankwar

Moje, subiektywne, widzenie przemówienia min. Waszczykowskiego, czyli expose szefa MSZ. Pustki na sali, pewnie po wczoraj, bo mamy informację, że nie wytrzymał obecny min. rolnictwa, Jurgiel, który zasnął w kuluarach, w czasie nocnych obrad. Jak widzieliśmy, do sali sejmowej nie dotarło wielu staruszków. Nie dotarł, po nocnym posiedzeniu, tak wymuszanego ciągle na opozycji, i Kaczyński. Jedno jest pewne. Min. Waszczykowski, niestety, moim skromnym zdaniem, charyzmy nie posiada, bo nie posiada tego czegoś, co innych nie tylko usadza, ale nakazuje, z rozdziawionymi gębami, słuchać. Czytał chaotycznie, połykając wiele słów (zdenerwowany?), powtarzając je i w czytaniu goniąc, co rusz potykając się, co przypominało mi „goniąc za żywiołkami drobniejszego płazu” z „Ody do młodości”, Mickiewicza. Min. odwoływał się, ku uciesze grupy prezydenckiej, do słów jej szefa. A teraz, o czym mówił… Mówił o sojuszu z NATO i Wielką Brytanią, gorzej o Rosji. Wspomniał byłe państwa komunistyczne, wymieniał wiele z tych, z którymi chciałby kooperować i przyjaźnić się. Usłyszałam wiele dobrego o Stanach, o przyszłej bazie w Rędzikowie (?), o sympatii w stosunku do Rumunii, Litwy, Armenii, Azerbejdżanu. Że Rosja musi zrozumieć ważkość Smoleńska, wraku i tajnych archiwów dotyczących zbrodni na polskich oficerach. Najbardziej szokującym było stwierdzenie, że „nie sprzeciwiamy się spotkaniu NATO – Rosja”. A cóż my mamy tu do powiedzenia? Przypomniał, że w sprawie Ukrainy pomagał (tylko?) Prezydent i min. Macierewicz. Poprawił się, kiedy mówił, że otworzy – otworzył, drzwi dla niej. Usłyszeliśmy o Białorusi, Kaukazie, Gruzji, o wspomaganiu Tbilisi. Ponadto: „Unia powinna powrócić do swych korzeni”, a dalej było o państwach połączonych masywem Karpat, wreszcie o różnych obchodach. Dowiedzieliśmy się o współpracy z Niemcami i znowu o działaniach tam Dudy, Waszczykowskiego i przyszłych odwiedzinach – Szydło. Paryż – ważny, Włochy, też, a i Hiszpania i Holandia. Było o warsztatach, szkoleniach, o wzmocnieniu transakcji z Japonią i Koreą. Ważne – Chiny i Indie. Chce odtworzyć placówki w Mongolii, na Filipinach, w Panamie i Ekwadorze. A Nord Stream-2 był nieefektywny i polityczny a nie biznesowy. Chce zbliżenia z Algierią, Maroko, Jordanią oraz Zatoką Perską, z Arabią Saudyjską, Katarem i Iranem. Dobre są Emiraty, Senegal, Tanzania oraz Zambia z Afryki. A także Kenia i RPA. Mówił o Polonii a dalej już nie słuchałam. Ta ostatnia ma reagować, kiedy się nas szkaluje… Na słowa Schetyny, że sprawę Ukrainy oni zainicjowali, Waszczykowski odpowiedział tylko jednym zdaniem, iż do tego, co w Wyborczej, nie będzie się na to odnosił.
Ktoś z Kukiza zapytał o sprawę rozładunkową chińską, o to, kto wystosował pismo do unii, bo chyba nie dzisiejszy główny prokurator. Pytał o wrak, o eksport do Rosji, o wolną Ukrainę i Banderę, o 4mld pożyczki wysłanej na Ukrainę, że tego nie chcemy i jest to niepokojące.
Petru z Nowoczesnej. Zaniepokoił się deklaracją o sojuszu z Anglią i z grupą wyszehradzką. Że ta pierwsza potrzebna jest z powodów gospodarczych. Zaskakujące jest oczekiwanie odejścia Unii do lat 50-tych. I, że min.Waszczykowski nie odniósł się do konfliktu w Syrii. Pytanie o czarny scenariusz, z zielonymi grupami tam, gdzieś. Mówił o Polsce obrażonej, Polsce dzielenia i obrażania na artykuły w prasie obcej. Mini Schengen – co pani Premier zrobi, żeby granicy polsko-niemieckiej nie było? Zapytał, gdzie było o gospodarce? Nic! Relacje z USA to pochodna z Unią i Niemcami. Z Niemcami są dwie polityki – Kaczyńskiego i na wiecach, a i ta, oficjalna. Wspomniał o potrzebie przyjęcia wreszcie sędziów. Zauważył, że właśnie, poseł jakiś z PIS-u, mówi co innego, niż Waszczykowski, a dalej o tzw. Patriotach, o broni jądrowej, o niepoważnym traktowaniu przez Unię i przez NATO, o wolnym handlu, niestałym członkostwie w Radzie w NATO. Polska nie może być na kolanach. Kamysz z PSL natomiast powiedział, że to piękne hasła, że wcześniej donosili na Polskę, że Polska teraz musi się tłumaczyć. Mówił o pielgrzymkach na wieś, tuż przed wyborami. Zakrzykiwano go. Wspomniał o eksporcie, że to ważne, że deklaracje swoją drogą, a potem – co innego. Usłyszeliśmy o imigrantach, żeby przyjąć kobiety i dzieci a mężczyzn douczyć, jak walczyć. Tarczyński z PIS-u. Jedna, jedyna ciekawa informacja to ta, o samolocie niemieckim z imigrantami, z powrotem, do kraju przodków.
W innej telewizji zobaczyliśmy, jak po wypowiedzi Kropiwnickiego, wicemin. Sprawiedliwości (!) Jaki (to nazwisko) zaatakował go nieodpowiedzialnym wynajmem pewnej agencji, mówiąc, że tamten sam ją prowadzi. Ataki jak za dobrych czasów – za czasów wyborów.
Koniec.

"Znaj proporcją, mocium panie"


Opublikowano:28.01.2016
bankwar

Przekroczono barierę, poza którą jest już przestrzeń krajów, które nigdy nie zaznały demokracji, gdzie wolność słowa jest nieznaną, gdzie, za byle co, można trafić tam, gdzie siedzą wielokrotni bandyci. Młody chłopak, dzieciak, twórca filmiku, który zrobił nieomalże domowym sposobem, przy zastosowaniu programowania dostępnego w Internecie, na tyle wiarygodnego dla ludzi zwykłych, przeciętnych, naiwnych, a nie – dla tych, dla których dostępne są autentyczne, programy płatne, że został wyciągnięty z domu, kiedy już zasypiał. Wstyd za tego rodzaju – już nawet – rozumowanie. Oglądając taki film, uważałabym, że jest on, ten filmik, nawet niezbyt śmieszny, ot, dziełko amatora, filmik dzieciaka, który zaczyna pojmować, że coś się dzieje, ale, do końca, nawet nie wie, co. Wstyd mi za tego rodzaju władzę. Wstyd za ludzi, którzy, za chwilę, będą mieli coś przeciw niemowlakom, bo te powiedzą du – da. Wstyd! Inna sprawa. Zaczynam zauważać, że obecne reklamy posługują się słowami, które wciskają nam wszystkim na siłę, słowa, których tworzący je nie znają albo mylą ich znaczenia. To, że wzdęcia i gazy, kiedyś jakoś wstydliwe, są przy tym na okrągło, o tym nawet nie wspomnę
I jeszcze jedno. Jak to jest? Samorządy pewnych rejonów usilnie namawiają rodziców sześciolatków, aby ci prowadzili dzieci do szkół, w których jest miejsca więcej, aniżeli w przedszkolach i robią to wbrew zarządzonej opcji odgórnej. To góra się z dołem nie dogadała?
Jakież to wszystko niezwykle symboliczne… Tuż przed ostatnim spotkaniem naszych szczypiornistów z Chorwacją, jeszcze jakoś marzących i wmawiających nam, wielkimi słowami, o walce po grób, że mają szanse, a gdzieś indziej, o czym wymknęło się spotkanemu na korytarzu poselskim, komuś z PIS-u, miało odbyć się spotkanie rodzinne, przy zamkniętych drzwiach, jego współtowarzyszy z ugrupowania obecnej władzy z Prezydentem. To nie koniec. Puentę usłyszałam dzisiaj, ok. 7, w podręcznym radyjku. Po mdłej melodyjce, puszczono pewną wypowiedź: „nie puściliście hymnu polskiego” i tu tenże słuchacz zaintonował: ”Polacy, nic się nie stało”.
Czy aby na pewno?
Osobna rzecz, że Kolinda Grabar-Kitarović z Chorwacji, z którą spotyka się nasz Prezydent, to nie tylko piękne imię. Zobaczcie w Internecie. Nie dziwi zatem fakt, że spotykać się jeszcze będą.
Prezydent z Prezydent, przecież, muszą;)

Polska na dywaniku, czyli sklarowana subiektywnie kwestia pewnej debaty


Opublikowano:20.01.2016
bankwar

Jest już po. Przynajmniej po pierwszej, debacie. Za chwilę, bo dzisiaj, wysłuchamy (bądź nie), relacji subiektywnej Premier, z debaty, która z debatą nie miała nic wspólnego, a była tylko wykrzyknikami osób rozwalających Unię od środka i deklaracjami polskimi, nie mającymi nic wspólnego z rzeczywistością. Tak, jakby nikt tego nie oglądał, a jeśli nawet i oglądał, to jest, z założenia, głąbem nic nierozumiejącym, więc trzeba mu to, osłu patentowanemu, w domyśle, wyjaśnić. Wyjaśnić, co jasne, że jest i będzie dobrze. Odzwierciedleniem tego będą rozmowy o zmierzchu w radyjku rydzowym (rydze, jako takie, a i owszem, jadam). Z pewnością dowiemy się też, że PO pochowała się po kątach, co było „oczywistą oczywistością”, bo sami to widzieliśmy, a wszyscy inni słuchali „naszych oczu i ust” z rozdziawionymi gębami, czego już widzieć nie mogliśmy. Wypowiedzi wspomnianej przeświecać będzie pewność, iż uwierzono w naszą stabilność, naszą właściwą drogę i potrzebę dobrej zmiany, „bo naród tego oczekuje” (już od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy to nie o pewien radiowy naród komuś li tylko chodzi?) Komisja wenecka może nam… też w domyśle. Samozachwytom nie będzie końca. Au ci… Jakoś wstyd mi. Tak na zapas. Ale nie za Premier. Powiedziała, jak i co, umiała. To za tych bawiących się w ciuciubabkę mi wstyd; przedstawicieli ogromnej reszty narodu; mocnych w gębach, nie – w działaniu. Siedzą tam i ani be ani du du. Czy czegoś to nas nauczy? Wątpię. Główny strateg narodu to też przewidział. Łeb to on ma… A nie?

Nieznana, acz zadziwiająca i omijana historia polska


Opublikowano:02.01.2016
bankwar

Usłyszałam niedawno o historii pewnej, nieznanej zupełnie, córki MieszkaI. „Byliśmy” nieomal wszędzie… Ciekawe, czy tamci, mieszkańcy tamtych ziem, o tym wiedzą? A może nie chcą wiedzieć… A są, pewnie, z nami spokrewnieni…
Poszperałam, zebrałam i… zadziwiłam się przeogromnie właśnie. Wtedy – my bardziej na Zachodzie a nie na Wschodzie..?
Historia sięga do Popiela. Ten nosił długie włosy (musiał być przystojny!), zbierane w ogon, zwany chościskiem…
Chościsko (PopielPiast z RzepichąèSiemowidèLestekèSiemomysłèMieszkoI
Świętosława, c. MieszkaI i… tu – prawdopodobnie -Dobrawy Przemyślidki. Świętosława ur.się między 960 – 972 r., a raczej 970 r., zm. po r.1016.
Od 985 r. to królowa Szwecji, Sygryda Storråda, czyli dumna, 18-letnia żona króla Szwecji, Eryka VII (50). Podejrzewa się w tym małżeństwo polityczne, wymierzone przeciw Danii, co miało umocnić Mieszka na Pomorzu Zachodnim. Żona Eryka namówiła go na atak Danii, po czym zyskał przydomek Zwycięski.
Jedynymi, znanymi dziećmi tego małżeństwa byli Olof Skötkonung, późniejszy król Szwecji oraz Holmfryda Eriksdotter, żona namiestnika Norwegii.
Eryk zwariował i chciał ofiarować swego syna, Olafa bogowi Odynowi, kiedy Sygryda przyjęła chrześcijaństwo. Otruła zatem męża, podpaliła dwór i świątynię w Uppsali. W podaniach przekazano, że doszło do rozgrywki pomiędzy bogiem Thorem a Odynem, z których pierwszy zabił Eryka, drugi, w odwecie, spalił świątynię rywala.
Jako Sygryda, Świętosława owdowiała około 995 roku. Była regentką, a syn Olof (Olaf) miał władzę. W legendach, w Uppsali, wtedy – w stolicy, Sygryda żywcem spaliła zalotników, w tym króla Vestfoldii, Haralda Grenske, przestrzegając „mało ważnych” królów przed proponowaniem jej małżeństwa.
Sygryda kochała tylko jednego, spotkanego na dworze Mieszka I. Był nim Olaf Tryggwason, królewicz norweski. Po śmierci zamordowanego ojca, Olaf błąkał się na obczyźnie, a potem z pomocą wikingów, odzyskał tron w Norwegii.
Olaf Tryggvason starał się o rękę owdowiałej królowej Szwecji – Sygrydy, ale w końcu ją odtrącił, pokłócił się i zniesławił. Ta opuściła jego dwór i powróciła do brata Bolesława. Szukała zemsty. Tymczasem, ok. 996 r. powrócił z wygnania za sojusz z poganami i bunt przeciwko chrześcijańskiemu władcy-ojcu oraz za wygnanie biskupów Skanii i Zelandii, król Danii (986 roku do 3.II.1014r.jako Swen III) i Norwegii ( 986 r. do 995 r. ) i Swen I (9 .X.1000r. -3.II. 1014 r. ), z powodu zawiązywanych w widły wąsów, Swen Widłobrody (Swen Otto Tjugguskegg „Widłobrody” Skjoldung, syn Haralda „Sinozębego” Skioldunga, króla Danii, Norwegii i Tofy (?), córki księcia obodrzyckiego Mściwoja, ur. 950-960 r.), Świętosława wyszła za niego i przybrała imię Gunhild czyli Gunhilda, co mylono z jego pierwszą żoną. Otto – imię nadane na chrzcie na cześć cesarza Ottona I po tym jak ojciec jego przyjął chrześcijaństwo. Był tolerancyjny wobec pogan i nie lubił się ze zdominowaną przez Niemców, organizacją kościelną a historię wygnania uważa się za nieprawdę, bo Swen dowodził ponoć duńskimi najazdami na Anglię.
Świętosława urodziła Swenowi co najmniej pięcioro dzieci. Byli to m. In. duńscy królowie: Harald I Svensson i Kanut II Wielki oraz córki: Estryda Malgorzata, żona jarla Ulfa Torgilssona, oraz Świętosława, żona księcia słowiańskiego Wyrtgeorna.
Po śmierci Eryka „Zwycięskiego” w 995 roku Swen umocnił swoją pozycję w Danii a utracił tron norweski na rzecz Olafa Tryggvasona.
Świętosława podpowiedziała wyprawę przeciw Norwegowi Tryggwasowi a do koalicji, obok Szwedów, weszli Duńczycy i Polacy. W 1000r. na wodach Oresundu doszło do Bitwy Trzech Królów. 11 okrętów norweskich zostało zaatakowanych przez 70 okrętów. Tryggwason został zmieciony i w bitwie pod Svold zginął, choć w legendach żył na wygnaniu z księżniczką Tyrą.
W 1002 r., kiedy mąż Swen wypędził Świętosławę, ta uciekła najpierw do syna Olafa, potem znowu do brata, Bolesława Chrobrego w Polsce.
13 listopada 1002r., w dzień św. Brycjusza, na rozkaz angielskiego króla Ethelreda II, wymordowano setki imigrantów z Danii. Była tam Gunhilda, siostra Swena z mężem i synkiem. Widłobrody postanowił zemścić się na Anglikach. Ci płacili coraz to większy haracz – danegeld.
W VII.1013 r. Swen przybył do Sandwich z synem Kanutem (ten nie uczestniczył w głównych działaniach wojennych a dowodził tylko wojskami na zapleczu głównych sił w Gainsborough), Ethelred uciekł do Normandii. Swen został królem (25.12.1013 r. – 3.II.1014r.), po prostu Swenem.
Po śmierci jego (Gainsborough 3 lutego 1014 r., leży w kościele w Roskilde), na chwilę powrócił do Anglii Ethelred II. Synowie Świętosławy i Swena, Harald i Kanut przybyli do Polski prosząc matkę, aby wróciła do Danii. Harald został tam królem, przez moment i królem Haraldem II w Anglii, bo Harald zaproponował Kanutowi pomoc w podboju Anglii, w zamian, najpierw, za zrzeczenie się przez Kanuta praw do tronu Danii a potem za współrządzenie. Kanut nie przyjął propozycji i w 1015 roku ponownie ruszył na podbój Anglii, podobno z bratem. Miał 10.000 żołnierzy. Wsparł go szwagier, norweski jarl Eryk z Lade ia także słynny najemnik Thorkell „Wysoki”. Posiłki dał książę Bolesław I „Chrobry”, ale do floty inwazyjnej przyłączył się anglosaski zdrajca, earl Eadryk Streona – równocześnie zięć Ethelreda II. W podbitej Anglii chcieli albo Ethelreda II albo Kanuta. Świętosława, po przyjeździe po nią synów do Polski, powróciła z Haraldem do Danii, ale on nagle umarł w 1018 i Świętosława, po tym, jak w 1016 r. Kanut (Kanud) I „Wielki” Skjoldung (ur. w 995 r., zm. w Shaftesbury 12.XI. 1035r.) znowu podbił Anglię, towarzyszyła mu jako królowa matka. Po wielu bojach i śmierci Ethelreda, najpierw dogadał się z synem Ethelreda, Edmundem II Żelaznobokim, że po śmierci któregoś, drugi będzie władał Anglią a potem kazał Edminda zabić. Duńczyk został królem. Syna Świętosławy nazwano wtedy Wielkim. (król Anglii od 18.X.1016r.- 12 .XI.1035r. jako Kanut I). Kanut nie miał dobrego charakteru, zdarzały mu się historie niesławne. Posprzeczał się np. z przyjacielem Eadrikiem z Mercji, któremu zawdzięczał angielską koronę i go ściął a dzieci tego podbitego króla Anglosasów wysłał do swego wuja w Polsce z poleceniem ich zabicia.
Bolesław tego nie wypełnił.
W Anglii Kanut związał się z Aelgifą (Elgifu), matką dziewięciorga nieślubnych dzieci. Ta urodziła mu synów, znowu – Swena i Harolda Zająconogiego. Kanut oddalił ją jednak za namową matki i w 1017r. poślubił wdowę po Ethelredzie, Emmę (ok. 987 – 14 marca 1052), córkę Ryszarda I Nieustraszonego, księcia Normandii i Gunnory Duńskiej. Zabezpieczył się tym samym przed powrotem starej dynastii, bo w Normandii przebywali młodsi bracia Edmunda II, Edward i Alfred. Z Emmą miał syna Hardekanuta (1018 – 8 czerwca 1042), króla Danii i Anglii i córkę Gunhildę lub Kunegundę (ok. 1020 – 18 lipca 1038), pierwszą żonę Henryka Bawarskiego, późniejszego cesarza Henryka III. Syn-dziedzic Kanuta, Hardekanut, wysłany został do pobierania nauki w Danii.
Kanut odciął się od morderstwa Edmunda II, brata Ethelreda.
Niedługo po swojej koronacji rozkazał nowemu earlowi Nortumbrii, Erykowi z Lade ściąć Eadryka Streonę, w czasie walk o Anglię ciągle niezdecydowanego, po której stanąć stronie.
Małżeństwo Kanuta z Emmą spowodowało, że Kanut zaczął identyfikować się z podbitymi i postanowił zostać w Anglii. Po śmierci brata, Kanut został też w 1019 r. królem Danii (król Danii od 1018 r. – 12 XI.1035r. jako Kanut II). Tam osadził jarla Ulfa, męża siostry Estrydy. Ci byli rodzicami późniejszego króla Danii Swena II. Kanut nie uczestniczył w głównych działaniach wojennych. Dowodził wojskami pozostawionymi na zapleczu głównych sił w Gainsborough.
Świętosława – Sygryda nie pojawiła się już więcej na arenie historii, umarła w latach 20 w latach XI wieku w Londynie. Nie dożyła zaślubin wnuczki Gunhildy i cesarskiego syna, Henryka III, ani jak on podporządkował sobie papiestwo, jak jej prawnuk Henryk IV korzył się w Canossie przed Grzegorzem VII, nie dowiedziała się że praprawnuk Henryk V rozpoczął krwawe wojny z jej stryjecznym praprawnukiem, księciem Polski, Bolesławem Krzywoustym. Świętosława była wielką indywidualnością, Jej losy opiewano w sagach, w nordyckiej kulturze wikingów.
A królowie Szwecji i Norwegii – Anund Jakub i Olaf II Święty zaatakowali Danię. Małego Hardekanuta Kanut uznał wtedy prawowitym królem a opiekunem i faktycznym władcą Danii był nadal Ulf. Razem pokonali duńsko-norweską koalicję w 1026 r. w morskiej bitwie pod Helgeå. Pokłócili się jednak w szachy. W Kościele Trójcy znaleziono ciało Ulfa. W 1027 roku Kanut wybrał się z pielgrzymką do Rzymu. Powód jest jeszcze nieznany, ale chodziło pewnie o zjednanie króla Konrada, koronowanego w Rzymie i porozumienie z papieżem Janem XIX w celu zmniejszenia świętopietrza od Anglii.
W 1030 roku syn Świętosławy, Kanut podbił Norwegię (król Norwegii od 1028r. – 12.XI. 1035r. jako Kanut II, a w 1031r. odebrał hołd królestwa Szkocji. Był potężnym władcą północnej Europy. Zarząd nad Norwegią Kanut powierzył swojemu młodszemu synowi ze związku z Elgifu z Northampton, Swenowi – imiennikowi dziadka, a ten rządził Norwegią do 1035r., kiedy po śmierci 40-letniego Kanuta kolejna rebelia przywróciła tron rodzimej dynastii Magnusa Dobrego.
Póki co Kanut utrzymywał przyjazne stosunki ze Świętym Cesarstwem Rzymskim. Swoją córkę wydał za księcia Henryka Bawarskiego, syna (!) króla Konrada II. Dzięki dobrym stosunkom z Konradem Kanut uzyskał od niego nadanie przygranicznej marchii Szlezwiku.
Kanut roztoczył również swoją władzę nad Pomorzem. Współpracował z polskim władcą Bolesławem I Chrobrym. Choć Kanut dał się ochrzcić jako Lambert, przychylnie patrzył na dawne kulty, pogan. Kościół go nie lubił z powodu egzekucji earlów w 1016 i otwartego, pozamałżeńskiego związku z Elgifu z Northampton, córką Elfhelma, earldormana Yorku, i Wulfrun. A Kanut miał z nią 2 synów – Harolda I Zajęczą Stopę, króla, potem, od 1037r. Anglii i Swena Knutssona, rządzącego za ojca Norwegią w latach ok. 1030–1035. Kanut (Knud) spoczął w Winchester. Szczątki Kanuta przeniesiono do nowej katedry a w czasie angielskiej wojny domowej w XVII w. wyrzucono wręcz z grobu i przemieszano z innymi kośćmi władców Anglii.
Czyż nie jest fascynującą ta dziwna historia polskiej, młodej dziewczyny? Powstanie film, oparty na jej dziejach? Powinien powstać.

(historie zebrane)

About Me

kiksa

poetka, tekściarka, bakteriolog, chemik, z rzadka - tłumacz tekstów fachowych.

hobby: pisanie tekstów do już istniejącej muzyki, grafika komputerowa, html, rysunek ideowy i symboliczny, obraz w D3, fotografia, prowadzenie i korzystanie z blogów, akupresura, ankiety, medycyna molekularna i mitochondrialna, kosmos i idea przenoszenia w czasie, gadżety, podróże, idea sprawiedliwości społecznej

Follow Me

Some text..