Romuald Cypko
1928 - 1995
  (wspomnienie)
 
romek2     Kiedy pierwszy raz    znicz    zobaczyłam Obamę,    romek3

Prezydenta obecnego Stanów Zjednoczonych, wydawało mi się, że znam tego człowieka od dawna. Nie tylko ja doznałam takiego wrażenia. Moi chłopcy zaczęli się podśmiechiwać, szczególnie - syn. To zadziwiające, jak człowiek ma zakodowane pewne cechy charakterystyczne, na które się otwiera lub blokuje. Ta twarz do tego stopnia była mi znana, że z łatwością dopasowałam do niej i cechy osobowościowe. Musi być stanowczy, pewny siebie, trochę samolubny, a jednocześnie łagodny, myślałam. Czyżby to jakieś przeniesienie, druga odsłona bytu?

               Tak zaczynam opis kogoś, kto zaważył był na moim istnieniu poprzez swoje współnieistnienie, co tłumaczyłam sobie inaczej kiedyś, będąc maluczkim dzieciaczkiem i potem, kiedy miałam lat naście i dziś, kiedy o jego zaistnieniu mogę tylko wspominać. To człowiek wychowywany przez stanowczego ojca Stanisława i bez mamy, Tatiany, zd. Szczemielow, skoligaconej z Potockimi, po której mam jedno z imion. Jako młody chłopak, po jej śmierci, o której, podobnie, jak o niej samej,  nic nie wiem, poszedł do lasu, przeszedł ciężką naukę życia, potem wiedział, że jako temu z AK, nie wolno mu się ujawnić, aby nie dostać kulki w łeb od komunistów, a jako już dwudziestoparolatek, studiujący na Wydziale Lekarskim w Poznaniu, gdzie poznał moją mamę, dziewczynę skromną i prosto dążącą do celu, ładną, niewinną przyszłą stomatolożkę, sam sobie ją wybrał. Dzieje tych dwojga tak szybko, jak się zaczęły, tak i zakończyły. Być może, że to oboje nie umieli po prostu być dorosłymi w zwyczajnym tego słowa znaczeniu, bez karabinu i bez partyzantki. Umieli za to kochać. Posypały się dzieci: po pierwszej córce - mnie, następni byli dwaj synowie, z których drugi, będąc oseskiem, zmarł z powodu przetoki w gardle. Od zawsze odwiedzamy Piotrka tam, gdzie leży (nawiasem mówiąc, leży nie sam, bo z moim synem). Ojciec tego nie wytrzymał, nie zniósł wtrącania się, zwłaszcza teściowej. On, po prostu, nie rozumiał takich ludzi, nie znał i nie chciał rozumieć. Przecież od małego nie było mu coś takiego dane. Był zawsze jakoś sam. Wybrał odejście, które po latach tłumaczył całkiem inaczej, niż panie, przy których pozostałyśmy my, dzieci. Widział kobiety, nie widział konsekwencji, w postaci dzieci.                 

                Z nowych miłostek, "przyczajeń" i tak nie był nigdy zadowolony. Porównywał. Sadystycznie i masochistycznie porównywał. A nie powinien, bo porównywał właściwie bardziej wyobrażenie tego, co mogło być, a mniej to, co było. Był z tym nader nieszczęśliwy. Zawsze czegoś mu brakowało. Być może nie potrafił sam sobie tego uzmysłowić czy nazwać. Jednocześnie, nie chciał i nie umiał dawać. Wołał brać. Czy szukał rekompensaty za stracone lata, za dzieciństwo? Jeśli dawał, to zawsze z rozmachem, ostentacyjnie, widowiskowo i na odczepkę. Nie każdy to dostrzegał. Czuł, że go w tym, po latach, rozszyfrowałam. Cenił to. Jakoś dumny był dlatego. Czuł, że ma we mnie, w nas (mojej drugiej połówce - również) znakomitych... przeciwników. Nic nie mogło przejść ot, tak sobie, nieszczere, nieprawdziwe, znajdowało zaraz powątpiewanie i ripostę. Samodzielny, staranny, skrupulatny i zdolny. Niezwykle inteligentny. Samodzielnie skonstruował parę rzeczy, w tym telewizor. Z najdrobniusieńkich elementów. Miał w tym cierpliwość godną szachisty. Szachy uwielbiał. Potrafił grać do późnych godzin nocnych, sam z komputerem. Miał szczęście, że było mu dane go poznać. Walczył z umysłem skonstruowanym, zaplanowanym i chciał mu "dokopać". Konsekwentny do bólu, poważny i radosny, ciekawy każdej technicznej nowinki, jakże w tym młodzieńczy, a nawet - dziecinny. Tak bym go dziś określiła. To spostrzeżenie, co oczywiste, już jego starszego, kiedy się z nim spotkałam.

                Ojciec, w dzieciństwie osierocony dość szybko przez mamę Tatianę i traktowany przez ojca jak dorosły, dostawszy krzyżyk na drogę, od zawsze walczył w szeregach AK i nigdy się z tym nie ujawnił. Był inteligentny i wyczuł, że po wojnie a i wiele lat potem, nie należało się tym chwalić. Wielu akowców pozabijano. Wojna w nim tkwiła zatem do końca życia, Nikomu nie ufał i był zawzięty; wystarczyło, że zaczął mieć jakiekolwiek podejrzenie odnośnie kogoś, a zamykał się na niego od razu. Był czujny, dodatkowo to zodiakalny skorpion, taki z 11.listopada; obrażalski i czuły na pochlebstwa. Ciekawe, że po latach spotkałam kogoś takiego w klasie liceum, dokładnie w tym samym dniu urodzonego. tak samo marnującego potem swoje i czyjeś życie, uciekającego od dziatwy, samotnika z wyboru. Co ciekawe, utrzymujemy ze sobą kontakt i odkryliśmy, że świetnie nam się ze sobą na odległość gada... Z niedowierzaniem obserwuję, na ile ojciec mógłby być taki sam...

                I tu, pozwólcie, że wtrącę pewną anegdotę. Kiedy ojca odwiedziłam po latach, przy okazji krótkiego pobytu w Matce Polce, szpitalu w Łodzi, zobaczyłam, jak radzi sobie w gospodarstwie domowym samotny facet; zobaczyłam równiutko poukładane, zamrożone nieliczne kotleciki, warzywa i zadziwiająco zabudowaną pralkę, która eksploatowana na maxa, musiała zostać uszczelniona tak, żeby przy użyciu wielkiej ilości proszku, nie wyrzucała na zewnątrz masy bąbelków. Facet wołał wrzucić więcej i wałczyć z pianą. Każda rzecz była w szafkach poukładana i pachniała pozostawionym krochmalem. Ta przesada ujawniała się w wielu przypadkach i jej przyczynę upatrywałam we wczesnym, niekomfortowym życiu w lesie. Potem było to szlacheckie: "zastaw się a postaw się".

               Byłam mała, bardzo mała, kiedy ojciec wyjechał, a mnie tylko pozostał, przez wiele lat odnawiany, obraz, na którym widziałam tamtego jego, ubranego w ciemny, długi, płaszcz z parasolem i czarną teczką. Ukochanej, jak przez lata wmawiała mi matka, córeczce pokiwał i odszedł. Jak mu się wiodło, co myślał, gdzie przebywał, z kim bywał? Zmieniał i pozostawiał kobiety. Mojej mamie pozostawił trójkę dzieci; jedno w drodze, następnej - jedno, a do jakiegoś chłopca się nigdy nie przyznał.

               Czytam: "W czerwcu 1975r, w związku z nowym podziałem administracyjnym kraju i powstaniem województwa skierniewickiego, na bazie Powiatowej Stacji powstała Wojewódzka Stacja Sanitarno-Epidemiologiczna w Skierniewicach. Jednocześnie Powiatowa Stacja przekształciła się w Terenową Stację Sanitarno-Epidemiologiczną w Skierniewicach. Na przestrzeni tych lat zmieniała kilkakrotnie swoją siedzibę, zajmując kolejno: wydzierżawiony budynek przy ul. Dąbie 3, budynki przy ul. Chopina 5 i 1 Maja 11. Tymczasem rozpoczęto budowę nowej siedziby Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej, na posesji przy ul. Piłsudskiego 33. Wiele wysiłku i starań o ujęcie budowy w planach inwestycyjnych województwa jak również w czasie prowadzenia budowy wnieśli: dr Romuald Cypko – ówczesny PWIS (tu - parę jeszcze nazwisk). Budynek oficjalnie oddano do użytku 19.07.1985r. Oprócz już istniejących pracowni uruchomiono Pracownię Aparatury Specjalnej, z Brzezin przeniesiono Oddział Ochrony Radiologicznej oraz Sekcję Ochrony Wód Powierzchniowych i Gleby." (http://www.psse.skierniewice.com.pl/Onas/Historia.aspx)

              Podczas, gdy on robił karierę dyrektora, my pozostaliśmy w ciszy pytań, od razu w złych odpowiedziach utopionych, co roku budujących coraz to większą przepaść z tymi, z którymi przyszło nam potem przyistnieć. Piszę "przyistnieć", bo istnieniu powinno towarzyszyć zadowolenie z wyboru. Przyistnieniu dodaję cechę oboczności, bo to dla mnie istnienie na drugim, niejako, planie. Obfitowało w wiele niedomówień, nierówności nakazywanych i oczekiwanych, co burzyło spokój i tworzyło podskórne poczucie bycia gorszym w stadle, w którym było się i pierwszym i, jak się później okazało, bardziej honorowym. To czas chowania się pod pióra starszych, obserwowania i zapamiętywania niezauważalstwa wytykanego po latach. To czas potrzeb i braku ich realizowania, żalu i zgody na inną wizję siebie, czas cichych rozterek i odsuwania się w poczuciu posiadania nieistniejącego garbu, czas odbierania mnie taką, jaką nie chciałam być widziana, szukania autorytetów i jednokładności do tego, który już nigdy nie powrócił. Dużo by o tym mówić, oj, dużo...

              Po latach burzliwych i zmiennych, z tatą spotkaliśmy się z mojej inicjatywy i to na krótko. Łódź. Zamiast żalu i bicia się w piersi, czego oczekiwała dziewczyna porzucona kiedyś i poddana odepchnięciu i złym odczuciom społeczeństwa, były jedynie popisy i, nadal, brak odpowiedzialności. Tato nadal "grał jakąś rolę". Po pewnym czasie, znalazłam się w szpitalu Matki Polki, a pojechałam tam z daleka. Nie było nawet miejsca na cokolwiek, żadnej lodówki, a przed rozwiązaniem towarzyszyły mi i paru innym dziewczynom tylko zielone, gdzieś poniżej parteru, okafelkowania, nieomalże po sufit. Dostałam telefon, a zaraz potem, w prezencie, olbrzymią, ważącą wiele, szynkę, którą z braku nawet noża do krojenia, oddalam w całości ot, komuś obok, łodziance, która nożem, a jakże, dysponowała. Nawet nie wpadła na to, aby mnie choćby plasterkiem poczęstować... Nie miałam stałych kontaktów z kimkolwiek z zewnątrz, można było tylko tu dzwonić, do środka, zatem było to jedyne wyjście z takiej sytuacji. Odczułam ponownie upokorzenie i miałam wrażenie, że uczestniczę w jakiejś kiepskiej farsie. Przez moment poczułam wściekłość z niemocy, łzy stawały w oczach. ale przetłumaczywszy sobie tę, taty, jakby nie było, niezdarność, znalazłam plusy i przetłumaczyłam sobie samej, że nieważny był sposób, ale sama idea.

             Po wyjściu poznałam też siostrę, do ojca niepodobną, podobnie ukaraną przez los, porzuconą przez "tatusia", która, choć podobnie odepchnięta, sytuację zamieszkania w tym samym mieście wykorzystać potrafiła. Mnie zabrakło punktów na medycynę, jej pomógł ojciec. Tak mówił, tak to i było mi wszczepiane. To jakoś też tłumaczyło wszystko. Do tego momentu tata był wziętym i posażnym doktorem. Miał rozmach, budował Sanepid w Skierniewicach i potem było to jego "oczko w głowie". Kobiety na punkcie ojca szalały. Pozostał film z tegoż zakończenia.

             Miało być o Romualdzie. Tylko, co tu dalej o nim napisać, skoro wiem tyle, co mi powiedział, wiem tyle, co się dowiedziałam, wiem tyle, co losy postaci mogły przynieść, wiem tyle, co inni o Nim mówili. A konsekwencje, którymi są taty dzieci i wnuki, są faktem niezaprzeczalnym, włącznie z konsekwencjami, które przyniosą jeszcze wiele łez wskutek błędów genetycznych, które, jeśli są, jeszcze ujawnią się. Póki co, stopniowo, z zagrożenia wykluczamy kolejnych wnuków, którzy przekroczyli trzydziestkę...

             Wiem też, że miłość ojcowską, uświadamianą mi przez całe życie przez mamę, miłość jakże krótką, bo 3-letnią, a wcale nie idealną, bo w tyłek i tak dostałam za, choćby, figurkę zbitą, a przyniesioną dopiero co z wycieczki, na której byłam tylko pretekstem - alibi spotkania ojca z pewną Kizią, musiałam przypłacić jednoczesnym jakby odsunięciem się ze strony mamy. Przez całe życie uświadamiała mi nierówno na dzieci rozdzielone uczucia ojca. Przez cale życie był to pretekst  (znowu - pretekst, tym razem - mamy) do tłumaczenia się, dlaczego mamie zawsze bliżej było do Wojtka.

            Czy rodzice nasi dali coś z siebie? Dali. Dali świadomość pewnej dumy rodowej (tu - zwłaszcza ojciec). Dali też trzepotanie skrzydłami pośród niepoznanych i nieopowiedzianych miejsc. Dali surowość i świadomość, że życie jest trudne. Dali koleje, które garbują ostro skórę, dali narażenie na śmiech, wytykanie palcami, ośmieszanie, lekceważenie nawet przez tych, którzy są blisko, którzy sami powinni się wstydzić swojego życia, którzy szpanują, filozofują, choć są z kruszcu zwanego pozłotkiem i o sobie woleliby raczej nie mówić albo tworzą swe historie i sami zaczynają w nie wierzyć. Będę o tym pisać, kiedy czas temu będzie sprzyjał. Jakże dziwnymi drogami ten czas nadchodzi. I wtedy coś dodaję. O nierówności traktowania, o oficjalnie wytyczanych granicach rodzinnych, tak, że część czuła i czuje się ważniejsza i lepsza. Napiszę i o tym, że nie można poruszać paru spraw, nazywać rzeczy po imieniu tak, jakby nasz ojciec - w końcu inteligentny, męski i "z krwi i kości", nigdy nie istniał...  Ktoś jeszcze myśli, że to moja mama sprowadziła ojca tutaj, do mego miasta? A to ja, i nie dlatego, że tak chciałam, ale dlatego, że tak chciał on - tata w swoim ostatnim słowie przez telefon. To realizacja jego ostatniej woli, ot, co. Jak to się realizuje teraz? Ślepi nie widzą, a reszta wie.

            Kiedy coś psuje się gdzieś obok, tuż, tuż, mam wrażenie jakiegoś deja vu i myślę zdumiona, że to nie ja a ten ktoś repetuje życie mojego ojca, choć jego dzieckiem przecież nie jest.  Zresztą, to kolejny, długi temat, nie na tę stronę. A ojciec? Śmieje się z góry, przerywając tylko na krótko te swoje gry w niebiańskie szachy prosto z Peru, które zabrał tam Wojtek, jego starszy syn... Ciekawe, czy wygrywa i czy ze swoimi synami  - Piotrkiem i Wojtkiem, się dogaduje...

czerwonykwiat romek4
  ©K.S. Ostatnia aktualizacja:
2014-2016