<--Google-->wspominki Krzysi Krzysia Skrzypczyńska

" SPOTKAŁAM NA SWEJ DRODZE... "

czyli wspominki moje szkolne


Przedszkole na ul. Galla

jakaś koleżanka, Hania K., zwana "małą"  - muszę jej poszukać. Ciekawe, co robi. Oj, długie i straszne  konsekwencje miało używanie lamp UV w przedszkolu, konsekwencje te zaważyły na życiu wielu osób podobnych do mnie, wiem, że - na pewno dziewcząt, ale i - chłopców. Pamiętam jakieś olbrzymie lampy i zakładane nam okularki. Chyba my, dzieci, byłyśmy golasami. Nie lubiłam tych "seansów" , tych okularów, tych lamp.

Podstawówka nr 8

  - do 4-tej klasy; pamiętam paru kolegów i parę koleżanek i już jakiś wyścig o stopnie. Ktoś w kimś się kochał. Andrzejek Cz. Postać pucułowata, chłopiec - lala, ideał w opinii nauczycielki, pani Janiny (Szymandowskiej ?). Jakaś Basia. Zakochana w nim. Dziwiło mnie to bardzo. Wolałam Waldka, później policjanta, którego niejednokrotnie widywałam potem, po hm... latach  na skrzyżowaniu Kościelnej z Dąbrowskiego, kiedy to przejeżdżaliśmy z rodzinką samochodem. Jakaś Krysia - otwarta, bez, wydawało mi się wtedy , żadnych kompleksów, bogata, mieszkała wysoko, w mieszkaniu na Szamarzewskiego z bogatostrojnym balkonem wychodzącym na Staszica. Nigdy jej potem nie spotkałam. Pod koniec tego trójpaku klas pierwszych trochę bardziej dopuszczano mnie do jakiejś grupy, skupionej wokół tej właśnie dziewczynki. Była też Ewa Ch., sparaliżowana na jedną nogę po, jak mówiliśmy "Haine Medinie". Też Szamarzewskiego, ale przy narożniku z Wawrzyniaka. Wysokie schody na piętro. Nie bardzo je lubiłam. Moja babcia Nela bardzo  polubiła Ewę.. Ja ... miałam dwojakie myśli. Pamiętam jakąś Irkę, Alę, chyba L., ale i też jakieś nieszczęście z nią związane. Mieszkała z mamą i bratem na Jackowskiego; niski, tuż przy chodniku, zasłonięty, betonowy balkon. Dużo dzieci mieszkało gdzieś (wtedy zdawało się, daleko) na Jackowskiego. część - na Staszica.  Niedawno, po wielu latach, w pewnym wielkim sklepie spotkałam jednego z innych kolegów, wtedy grzecznego, okrągłego na buzi, wysokiego nad wiek Pawła K...  Z tego okresu życia pamiętam, że szkoła była z czerwonej cegły, połączona jednym, piaszczystym głównie,  podwórzem z dwiema innymi, jak mi się wtedy wydawało, szkołami - nr 7 i 35, miała swoje własne, obskurne, wewnętrzne podwórko, olbrzymie schody na holu i ...jakieś pokoje w piwnicach, tam stołówkę, instrumenty .... Resztę przykrył całun zapomnienia. Jedno wiem; szkoła nie istnieje, a szkół musiało tam być o jedną lub dwie więcej ... Koleżanki i koledzy ! Odezwijcie się. W Internecie nie ma o naszej szkole nawet wzmianki.

PS. Do niedawna tak myślałam, ale przecież ostatnio sama wskrzesiłam ją w dwóch miejscach; to bezpieczniejsze działa spokojnie od lat, to drugie miało serwer zawieszony poza granicami, dziś, podobno, istnieje na portalu Poznania. Podobno. Zapisałam się i tam, ale kiedy, nagle, część ludzi zaczęła znikać z powodu rozpowszechniania danych i wiedzy o nim i jego niebezpieczeństwie, kiedy na dodatek, pokazano młodych ludzi z tym związanych, manifestujących swoją nonszalancję na zgłaszane wielokrotnie  uwagi o błędach w opracowaniu całego tego jakby forum - teczki informacji, zaczęłam i ja się zastanawiać nad sensownością tam trwania. Pozamykałam, co było do zamknięcia, pozabierałam swoje zabawki i tylko od czasu do czasu zaglądam jako nie ja, ale nie powiem, jako kto.

PS2 Ostatnio wznowiłam "znajomość" z paroma osobami z klasy, w tym z koleżanką Hanią K. (dziś P). Jak sobie przypominam, w jakimś sensie byłyśmy do siebie podobne, dziś nawet jakoś i w urodzie. To ciekawe, sama to widzę.

Podstawówka nr 93

 - koszmar czwartej klasy, przerzut na inny tryb oceniania, zachowań, do innego środowiska, z reguły ludzi przyjezdnych, z tzw. "ogródków", obcych, na nowo aklimatyzujących się. Ze szkoły starego mocnego typu - przeskok na lekką zabudowę "nowoczesnego" wówczas czteropiętrowca. Nowe środowisko, nowi koledzy, nowe układy, w mozole budowane. Ula, tak naprawdę to Maria N. (dziś - Maria D., Niemcy) - ładna buzia, podobny status rodzinny, sytuacja,  wygląd pensjonarki i zdolności, a także ... układ rodzinny.. Do niedawna zastanawiałam się, o czym tak długo, bo godzinami, rozprawiałyśmy . To umknęło. (dziś jestem już po odrodzonym kontakcie i obiecuję sobie wiele, z nią, spotkań, kiedy będzie przyjeżdżać do naszego, wspólnego kiedyś, miasta. Przez telefon okazała się być  tą samą, fajną przyjaciółką. Czas stanął w miejscu, przynajmniej dla naszych wspomnień i miłego, babskiego, godzinami, przegadywania. Liczę, że pomoże mi w urealnieniu tego, co przebiegło tak szybko  i czym żyłyśmy. Widzę, że jest bardzo mądrą, ciekawą osóbką. Napisała, ważny dla naszego życia na tej kuli ziemskiej, słownik ... Była też jakaś Marta G., z przyczyn niezależnych od nas, stałyśmy się konkurentkami w klasie. Do dziś nie zapominam nauczycielce od polskiego, że oceniając nas równie wysoko (po, oczywiście jej ulubienicy - Lidii S.- napuszonej córce jakiegoś prawnika, bardzo męskiej, prawie wąsatej, ciągle mówiącej, jak to tata sadza ją sobie na kolana i opowiada tak, że odda jej rękę znajomemu, dużo od niej, starszemu aplikantowi, co się też potem stało )zadecydowała, że po niej i Ali H., lepiej będzie, jeśli ma dać piątkę tylko jeszcze jednej dziewczynce, bo taki nakaz odgórny, dać ją owej Marcie G., bo bez ojca i może ( z pewnością!) dlatego, że była córką naszej szkolnej sekretarki i sportsmenką. Jakże to brzmi, co? Stanęłam w obliczu piątki z minusem. Pamiętam zdruzgotanie i ból niemocy. Po latach, widząc ową nauczycielkę w jakiejś windzie na Kuźniczej ( parę cm ode mnie), nawet nie dałam  poznać po sobie, że ją znam. To nadal bolało, cierń tkwił. Obiecuję sobie, że teraz, gdy ją spotkam, to wszystko wyrzucę z siebie. Pamiętam  jakiegoś Romana M., zakochanego w Ali H. .., najładniejszej ( przynajmniej tak się nam zdawało, bo najbardziej wtedy "rozwiniętej", po Marioli S.) koleżance z tzw. klasą i ... starszym bratem (!) (dziś zamieszkałej w Zakopanem, "wżenionej" w sławną rodzinę lutników - pozdrawiam!). Wokół niej wianuszek dojrzewających "mężczyzn" klasowych: Romanowie, Grzegorz P., Piotr L. i paru innych.  Przez pewien czas  pewien Roman K. robił za mnie rysunki techniczne. Ale nie sądzę, aby się kochał, raczej z czystej sympatii. I Grzegorz P. Spocone ręce na mój widok i ta twarz ...  odrzucały mnie od niego. Wstyd mi było, że strach. Pamiętam jakąś zabawę. "Przyczepił się rzep" - myślałam. Nie był najlepszym uczniem. Teraz wspominam go z sympatią. Koleżanka Mariola S., mądre oczy, wygląd dorosłej kobiety, doroślejsza od reszty, przygotowująca nas do życia, mająca narzeczonych (opowiadała cuda, dla nas, słuchających dziewcząt, dość wstydliwe ). Budziła podziw.  Przyjemna w obcowaniu z nią. Czasem odwiedzałam ją w domu, znałyśmy się z jej mamą. Po latach dziewczyna wyszła za mąż i  miała kłopoty zdrowotne. Mamę szybko też straciła. Lubiłam Mariolę.  Pamiętam nauczyciela od matematyki - Matelę. On, wysoki przeraźliwie i chudy, zawsze paradujący z czarnym, długim, męskim parasolem, grzeczny, uprzejmy, nigdy nie ujmujący naszej - uczniowskiej - godności, ożenił się z maleńką fizyczką, wówczas z "pośrupaną" twarzą, wieloma kompleksami, której lekcje były dla mnie czarną magią. A on? Po raz pierwszy poznałam kogoś obiektywnego i rzeczowego. Polubiłam wtedy matematykę. Dzięki, profesorze, byłeś naprawdę "wielki". Ta szkoła nauczyła mnie jednak, że nie wszystko na świecie jest sprawiedliwe, że cichy wśród przebojowych nie ma szans ( tak, jakby już brak ojca nie był czymś okropnym, poniżającym ). Z tego okresu pamiętam swoje ucieczki w marzenia, w malkontenctwo, w swój świat. Ktoś dał mi nawet przezwisko: "marzycielka" Kiedyś chciałabym poznać opinię tamtej klasy o tamtej sobie. Chciałabym, choć parę osób, po latach spotkałam i niczego się od nich o sobie nie dowiedziałam: Piotra L, zajętego drobnym handlem (jakieś warzywa, czy coś, na mój widok lekko zawstydzonego), Małgorzatę M. pilnującą wejścia do pewnej specjalistycznej przychodni ( od razu skróciłam z nią dystans, wszak to koleżanka) czy Romana M,, faceta, o którym można powiedzieć, że choć miał tzw. "moce przerobowe", z niewiarą w siebie, przebrnął przez wszystkie stopnie, dostępnej wtedy, nauki. Na koniec został nauczycielem wf-u. Dziś ten wysportowany "chłopak" chwali się byciem dziadkiem.  O niewłaściwym zachowaniu i skłonnościach koleżanki, córki jakiegoś gościa z prawą, sztuczną, dłonią, która mnie szokowała, ilekroć pojawiał się gdzieś w pobliżu szkoły, dowiedziałam się po latach, a niedawno to potwierdzono. Dobry dom i takie hobby? No, no ...?!  Przypomniał mi się Klemens Storozum. Piszę go pełnymi danymi, bo ... został wielopociskowo postrzelony już na początku służby wojskowej, na poligonie. Miał wtedy z 18 lat. Rodzinie nie chciano go nawet pokazać. A wcześniej był  to taki miły, niewysoki trzpiot, łobuziak, o miłym obliczu,  lubiany przez dzieciaki i nauczycieli.  I taka to, ciekawa szkoła, nie istnieje. Fatum? Czarno widzę resztę.  Po latach skontaktowała się ze mną jego rodzina. Na pewno miło im, że go wspominam.

Liceum IV w Poznaniu

-- ekskluzywne, wymagające, z klasą z wyróżniającym je od innych rozszerzonym językiem angielskim. Na egzaminie dodatkowo angielski. Pamiętam coś  ze słoniem. Klasa z bodaj jedenastoma dziewczynami ( w prawie czterdziestoosobowej grupie ). Dopóki coś nie gruchnęło, szło mi jak po grudzie. Odsunięta. Podobno odsuwałam się sama. Zakompleksiona dziewczyna z przydługimi rękoma, chuderlak z długimi warkoczami, których zostałam pozbawiona tuż przed końcem, aby choć trochę móc  przypominać coś powabnego. Niestety, do tego potrzeba jeszcze powłóczystego spojrzenia, pewności siebie i pieniędzy. A z tym było gorzej. Nie pamiętam z tego okresu żadnych zabaw ... prócz jednej. Bo też na niej był ktoś, z kim wiązałam jakieś nadzieje. Chyba podkochiwałam się też (!) w nim. Jakiś Jacek K. z innej klasy. Podobno syn jakiejś czerwonej ważniaczki politycznej. Pamiętam, że w poznaniu się naszym uczestniczyło sporo osób z mojej klasy, które na pewno dziś tego nie pamiętają. Łańcuszek życzliwych, acz niezainteresowanych tym do końca osób. Z mojej strony to był skok do wody. Na niewiele to się zdało, a po jakimś czasie długa broda przykryła to, co tak mi się wtedy podobało. Jeszcze niedawno, ktoś z jego potomków, pewnie brata - Kuba K. bardzo do Jacka podobny, doskonale  realizował się w programach komputerowych w naszej regionalnej, poznańskiej (a może nie tylko) telewizji, a potem prowadził czwarte wydanie "Big Brothera". Co się z tym starszym dzieje? Nie spotkałam go nigdzie, nawet - w Internecie. Pamiętam jeszcze ... dokoła ... gierki  na jedną tarczę, z wykluczeniem mnie jako istoty zainteresowanej,  które dały mi asumpt ku temu, abym się jednak w tej mierze sprawdziła. To trwało nawet dość długo, ale pozostawało i pozostało na etapie łapania dłuższych  spojrzeń. Wiedzieliśmy o tym tylko my albo raczej ja, celowo prowokująca i on, nie wiem, czy świadomy (pozostanie anonimowy, hihi) Reszta pewnie teraz bardzo się dziwi, a ktoś pomyśli, że to o nim. To nie tak, kolego, to nie o Tobie. Ale wtedy bywało, podobali mi się jednocześnie różni panowie. Na bywanie i rewizyty nie mogłam sobie jednak pozwolić. To sprawiło, że po latach wspomina się mnie jako "szarą myszkę" Tak to raczył był mnie opisać, sympatyczny skądinąd, kolega z klasy, Jacek K. (inny Jacek K.) I nawet incydent na religii (religia w owych czasach odbywała się w salce poza szkołą) nie zmienił oglądu mnie tamtej ani wtedy ani teraz. A była to nie lada historia. Ale, nic to. Pamiętam, że siedzieliśmy w klasie przy czteroosobowych ławostołach, po już, na początku, wymienionych starych ławkach, z dziurami po  kałamarzach. Pierwszy rok to i koleżanka Ola (po jakimś czasie dowiedziałam się, że była córka znajomej mojej mamy), ta nagle, z powodów zdrowotnych odeszła. Po roku pojawiła się w klasie niżej. Mijałyśmy się, a parę lat później - spotkałyśmy parę razy w galerii.  Potem była pewna Bogna P., w tych czasach - "bogata z rodziców", zadbana, w tzw. ciuchach, imponująca byciem "przy forsie", ja widziałam jej inne "oblicze", nawet - lekko zakompleksione.. Ze mną łączyło ją nazywanie się córką stomatolożki (ojcowie - lekarze) i  siedzenie koło siebie w ławie. Chyba lubiłyśmy się. Nasze historie jakoś były do siebie podobne. Może dlatego, po latach, rozmawiałyśmy ze sobą jakbyśmy się nie rozstawały. Wszystko niby podobne. Status  nasz jednak wtedy był kompletnie inny. To powodowało, że nie spotykałyśmy się popołudniami, chociaż to wokół niej tętniło życie towarzyskie klasy. Długo mieszkała i pracowała daleko, w Szkocji i tam ... wyrywała zęby.  No cóż, przed nią Akademia ręce rozpostarła. Przede mną była potrzeba zmiany sposobu na życie. Stąd - ta chemia. Teraz korespondujemy i jakoś myślimy podobnie. Widzę, jak dziś, grupę z tyłu "osadzonych na stałe" chłopaków, pewnych siebie, zaprzyjaźnionych ze sobą, acz w różnych konfiguracjach. Ci bardzo ode mnie stronili, choć, kiedy po latach któregoś spotkałam, dość przyjaźnie ze mną rozmawiał. Nawet imienia nie pamiętam. Wspominam siedzącego po drugiej stronie Łukasza B., blondasa, bardzo (tak się nam, chyba wszystkim, wydawało) doświadczonego w tym i owym. Miał autorytet. Także dlatego, że był po kursie angielskiego w Anglii. Potem spotkałam go na Uniwerku i Anglistyce i jeszcze kiedyś - w tramwaju :) Do dzisiaj darzę go sympatią młodszej "siostry" (hihi). I jeszcze, pozostała pamięć jakiejś przyjemnej dla mnie historii z moim wykradanym butem, potem obrys mojego profilu, który poistniał aż do kolejnego malowania sali. To dzisiaj też wspominam. Życzliwość paru osób. W tym wypadku Zdzisia K. (autorytetu wtedy muzyczno-angielskiego, po latach prowadzącego interes własny, z którym czasem koresponduję na Fejsie, raz - bo jest jednym z tam nielicznych z tej klasy a 2. bo urodził się w dniu urodzin mojego ojca - ciekawostka) i Witka B. (skromnego, zakochanego w nauce i pewnej Zosi M., ulubienicy wychowawczyni, przezywanej Muchą, kujonka) którego po latach spotkałam najpierw, pomimo jakichś specjalistycznych studiów, za własnym straganem a potem we własnym sklepiku z butami). I ... przede wszystkim wysokiego Tomka K.K. (bo też był i mniejszy z nazwiskiem na S., ale ten był mi psychicznie obcy, jakoś wyniosły, taki "nikt". Tego zobaczyłam dumnego w telewizji, z własną reklamą - najpierw jako rehabilitanta dzieci z wadami postawy a potem z wymyśloną Akademią kręgosłupa we własnym domu). Wspomniany wysoki Tomek, nawet potem, kiedy już zdarzyło się to "coś", najważniejszego dla mnie w tym okresie, ta wielka dla mnie niesprawiedliwość, ucieczka, ciągle utrzymywał ze mną kontakt listowy. Bo wtedy maili nie było i komórek także. Byłam z tego powodu  szczęśliwa. Po okresie przerwy, znowu czasem korespondowaliśmy. Dziś nie wiem, co się z nim dzieje.  Wówczas nie chciałam nawet myśleć  o nich, o klasie, a tym bardziej o ich rzekomej  życzliwości. Pozwolili na "to" i koniec, tak myślałam.. Byłam bardzo rozżalona. A jednak. Ów przypadek pozwolił mi odbić się od dna, dna beznadziejności, bylejakości, strachu przed nauczycielkami, niezadowolenia z siebie, swoich ocen, niewiary w lepszy czas. Nie byłabym dziś tą osobą, którą jestem. Nie pisałabym tylu wierszy, ani piosenek, nie chciałabym udowodnić sobie i innym, że stać mnie na coś więcej, nie dowiedziałabym się nigdy, że moje życie potoczyć się może o wiele ciekawiej, niż innych. Bo też, mimo różnych trudów, jest bardzo barwne. Ludzie, pozdrawiam Was!

PS. Coś sobie jeszcze przypomniałam. Przypomniałam sobie Jadzię C., z tzw. nazwiskiem. Dumną, ważną, skoligaconą i z respektem klasy. Czy lubianą? Przeze mnie - nie. Gdybym wówczas znała swoje korzenie... A może i to nic by nie zmieniło. W wieku XXI powróciła z francuskich uniwersytetów i jak to bywa w snobowej Polsce, została zauważona natychmiast. Stała się kimś w rodzaju ambasadora kultury polsko-francuskiej, siedzi na stołku w "stolycy" i... bywało, byla u Prezydenta Komorowskiego, np. po order (ciekawe, za co?). Po latach dowiedziałam się o klasowym, w sensie społecznym, podziale  naszej grupy klasowej. Zastanawiam się, kto wiedział, że przez klasę przechodziła niewidzialna, wykreślona przez zmorę w postaci wychowawczyni Muszyńskiej   Dziękuję pani (sarkazm)  Bzzzzz. A kiedy, gdzie się w tym upewniłam? Dopiero w czasie spotkań "po latach" od, właśnie, tego samego, fajnego, Tomka (dziś - zwykle bywa ważną personą, jeździ po świecie, ten sam, ale czasem umykający przed szałem świata) Wrócę do tematu "szkoła"; że też wcześniej nie domyślałam się tego ... tych podziałów. To takie polityczne, niedydaktyczne, o, "szanowna"!!!  A tego "lisa", tej etoli, zdaniem Pani nieodpowiedniego, to już dawno nie posiadam ! Od początku nie lubiłam tych sztuczności, kupionych za psi grosz. Ale Ty, Pani, widziałaś w tym burżujkę, co? Gratuluję !!!    Cóż,  TAMTE czasy i mnie dotknęły. Ci, co sobie "wlewali" nie lubili takich, jak ja.

Liceum XI w Poznaniu

- ja - odmieniona, w czarnym golfie i takich samych  spodniach - rurkach, bez tarczy ( z założenia, co było powodem, podobno, ścigania tutaj,  choćby przez nauczyciela (wychowawcę brata mojego, Wojtka) Jerzego Ściborskiego i obniżania ocen, czego nie doświadczyłam jednak), pewna siebie ( na początku  trochę grałam, potem sama  już uwierzyłam, że inną nigdy nie byłam). Nowa klasa. Maturalna. Nowi ludzie. Nowe nazwiska. Nawet nie zapamiętałam. Na dzień dobry wszyscy skupieni w kącie klasy ( dosłownie) a cała reszta pomieszczenia pusta. Tylko pojedynczy uczniowie, w tym jedna z koleżanek, która okazała się być mi znaną z przedszkola na ul. Galla - Ala S.. I  na samym środku nauczyciel (!) Nawet nie zapamiętałam tamtej lekcji. Nic nie pamiętam. Może tylko to, że natychmiast zwolniono mnie z lekcji angielskiego, jako, że byłam dla nich za dobra i nauczyciela języka polskiego, bardzo nowoczesnego w zachowaniu, też pamiętam. Lekcje polskiego: on, przystojny blondas, siedzący na swoim stole bądź jakiejś  ławce i niekończące się rozmowy, samooceny i oceny wzajemne uczniów. Pamiętam pierwszą pracę klasową. Nie uwierzono, że to moja, osobista, po raz pierwszy pisana prosto z serca ( nie tak, jak nakazywała mi polonistka z Liceum IV - "pisz tylko na konkretne tematy" ). Nie uwierzono, bo opinia ma długie lejce i taka poszła za mną. A tu  za pięć minut matura. Oj, co ja przeżyłam tuż przed nią. Moja własna wychowawczyni (znowu pech - wstrętna kobieta) miała swój pogląd na to, co potrafię. "Ty i tak nie umiesz matematyki " - powiedziała tuż przed moim wejściem na salę egzaminacyjną. Byłam bardzo poruszona i jednocześnie wściekła. Zdałam tak, że jej w pięty poszło (myślę). Jako, że musiała być przy stole egzaminacyjnym, a zdałam wtedy na najwyższa wtedy ocenę, (w tamtych latach to była piątka) spojrzałam  na nią wymownie, z satysfakcją. Na polskim też było całkiem nieźle, choć musiałam odpowiadać m.in. z tematu, którego nie przerabialiśmy jeszcze w poprzednim Liceum, z "Bogurodzicy". Tekst, analiza tekstu, na szczęście również z tekstem. Przydała się teraz fantazja, której pozwolono  wcześniej uchodzić na lekcjach polskiego w "Jedenastce". Po wielu latach spotkałam jednego z kolegów, pewnego przystojnego Michała K. (cygańskie rysy) w dziwnym (niech to będzie tajemnicą) miejscu. Powiem tylko: gdzieś na ulicy. Dowiedziałam się, jaka to byłam przebojowa, pewna siebie, inna. W związku z tą opinią było mi śmiesznie przyjemnie. Zapracowałam w końcu na nią. Budziłam respekt, podziw? Nie wiem do dzisiaj. Coś takiego wisiało w powietrzu. Swoją drogą, gdyby tak skonfrontować obie opinie o mnie, to ... nie wiem, czy  doszłyby w tej kwestii  strony do jakiegokolwiek porozumienia. Dwie Krzysie. Hihi.
A na balu byłam przez przekorę i z uciętych, wtedy, kontaktów (dziś się z tego śmieję) nie z którymś z "Czwórki", ale z obecnym dyrektorem "Jedenastki", kiedyś, z jednym z tych "obleganych". Cóż, przypadki "chodzą po ludziach":) Pozdrawiam Ciebie, Karolu L. To ja, ta sama Krzysia, kuzynka Twojego najlepszego kumpla, dziś nieżyjącego już, niestety, Jacka Krzysztalowskiego.
Po latach dowiaduję się, że kuzynek ten był postrachem m. in. nawet Ściborskiego, nauczycielski postrach szkolny, co mnie zaskakuje, ale czytam komentarze o tym i widzę zdjęcia z ich wspólnych wypadów w góry. Jacek do niedawna świetnie jeździł na nartach, nie wiedziałam, że i  wspinał się.  Czyżby dlatego nie byłam "ścigana"? Ciekawostka. Po latach też, kiedy dopiero co straciliśmy Wojtka, mojego brata, ucznia tej samej szkoły, a potem - artystę malarza, przekonuję się, że lubiano go, miał swoich fanów,  że grywał w piłkę, a wcale o tym nie wiedziałam. Zdaniem mojej mamy, był odludkiem, nie lubił tych swoich chudych łapek, cienkiej szyjki, krótkich spodenek, tzw. spędów, rzadko wybierał się z klasą gdziekolwiek. Miał swoje kompleksy... Niepotrzebne, zresztą. Był przystojnym facetem. Ale, cóż. O nim napiszę gdzieś tu więcej. Należy mu się. Póki co, nazywa się to roboczo: "zasrane to nasze dzieciństwo". Ot, wprost, dobitnie. Można by nawet powiedzieć: "uroczo".

Po latach spotkałam się wirtualnie z paroma osobami z mojej klasy, choćby z trzpiotką - Ilonką B., czy "na żywo" - z  przedstawicielami klasy brata Wojtka, mądrymi, fajnymi ludźmi. Okazja była smutna, oj, jak bardzo... Myślę, że byłby szczęśliwy wiedząc, że ich poznałam.

Uniwerek

 - chemia. I kto to wymyślił? Przeskok z amerykanistyki (to też ciekawa, bulwersująca  historia, kiedyś do opisania). Trudne, ale konkretne studia. Ciągłe wejściówki i wyjściówki, czyli szybkie ustne lub pisemne sprawdzianiki na wejście do laboratoriów i zaliczeniówki , na "już po". "Swoi" asystenci, krążący od stołu do stołu, przy których my - grupki po dwie, trzy osoby, zależnie od przedmiotu. "Szał ciał" ponad stu kilkudziesięciu osób, podzielony na  pierwszym roku na specjalizację przemysłową i nauczycielską. Ja - w tej drugiej. Tych pierwszych spotykałam potem najczęściej w najsmakowitszych działach "przemysłu" - w złotnictwie, jako właścicieli sklepów, a także w próbach wdrapywania sie na tzw. stołki. Ważenie złota to musiała być bardzo dochodowa działalność, próby zagnieżdżenia się na wysokich drzewach - także.  A przecież zdecydowana większość nas startowała najpierw na medycynę -  i nie chcąc tracić roku, a może tak, jak ja, mająca do wyboru  albo czas przestoju i zaiste życie nie do pozazdroszczenia (o czym kiedyś... ) lub przeskoku,  przeskakiwała najczęściej na chemię właśnie. Resztka to zwłaszcza dziewczyny, absolwentki techników chemicznych. Początki dla nich okazały się być śmiesznostką. Dla nas, tej części ludzi po liceum, startującej wcześniej na inny kierunek, były katorgą, wariactwem, masochizmem, obuchem itd. Piękne reakcje "kameleona" czy "zabawy" z piecem, zwłaszcza te z produkcją kamionki nie potrafiły przezwyciężyć tego smrodu, brudnych, podpalonych fartuchów, książek, zniszczonych rąk.  Nasza grupa liczyła około 30 osób, do końca dotrwało niewiele. Odór, egzaminy, zamążpójścia i inne przyczyny wpłynęły na pomniejszanie i tak małej gromadki. Pamiętam Dankę N. (dziś Sz) Z nią najłatwiej się dogadywałam, choć pewna próba wspólnego uczenia się zakończyła się niepowodzeniem, tj. ona się nauczyła, a ja musiałam i tak sama przerobić materiał po jej wyjściu . Żeby nauczyć się, musiałam temat  zrozumieć, jej wystarczało "wykucie  na blachę". Takie podejście do wszystkiego uratowało mnie zresztą kiedyś na dziwnym przedmiocie, gdzie trzeba było wytężyć umysł, aby dojść do jakiegoś sedna bez wcześniejszej znajomości rzeczy. Logika mnie uratowała. Najwyższa ocena, mimo, że ogólnie nie brylowałam. Rozpoczynał się dla mnie przecież kolejny, fatalny okres. Pamiętam jeszcze jedną historię, kiedy to przez całą godzinę lekcyjną "ratowałam" innych na filozofii bodaj, mówiąc o różnorodnych skojarzeniach z przykładowym "krzesłem". Gaduła, ja? Gdybyście widzieli te błagalne oczy, aby "ciągnąć" dalej .... Od tej pory mówiono o mnie:  "humanistka". A, i jeszcze jedno; po anglistyce zwolniono mnie teraz z zajęć, z angielskiego. To było w tym wszystkim piękne. 

Pamiętam

, że jedyna para, jaka wyrosła w tej grupie miała pecha, bo dziewczyna  Iga szybko zmarła na raka piersi, pozostawiając mężowi Arkowi dziecko - śliczną dziewczynkę. Co z nimi dzieje się dzisiaj - nie wiem.

. a dalszy ciąg za chwilkę. Muszę sobie przypomnieć to i owo. Nie wszystko skrobnę, bo i po co? To zostawię na opowieść.
Zaznaczam jedno; tych których wymieniam, wspominam z wielką życzliwością. Z największą. Bo też jakoś zaznaczyli się w tym, jakby nie było, ciekawym moim życiu. Być może kiedyś temat rozwinę. Wiem. Rozwinę na pewno. Jak? Życie pokaże. W niektórych przypadkach już pokazało. Niezwykłą przebiegłość jednych, niezaradność, żeby nie powiedzieć - niezdarność - innych. Reperkusje moich wspomnień już są. Mam o tym powiedzieć? "Oto jest pytanie". Czekam na reakcje. hihi ( przecież wiecie, że nie omieszkam opisać ) A może chcecie, abym "obiektywnie" wyjawiła, kto z Was jest dziś "cool", a kto nie? Jasne, że ... nie. Ale, z drugiej strony, skoro przywiodła Was tu ciekawość, to może chcecie skonfrontować Wasze i moje odczucia. I tu dotarliśmy do sedna. Ostatnio niejaki WP zablokował swe gg, ale podglądać stronę, podgląda.  Wyobraź sobie, kolego, że do tej pory o Tobie nic nie wspomniałam. Teraz mam pretekst.
Przemyślenia moje -  nadal w przygotowaniu, choć powstają tego fragmenty i nurzam się w nich codziennie, bo napotykam gdzieś na podstronach...

  muzyczne spotkania różne- spotkałam ludzi z topu. Już za chwilkę, m.in. o tym jak powstały piosenki, m. in.  sportowe: "Siatkarski bal", "My, kibice", "Formuła1", "Śmigły ptak" - zajrzyjcie do Facebooka, tam znajdziecie historię moich pierwszych piosenek.

Zapraszam serdecznie

kontakt-contact to me

K.S Ostatnia aktualizacja:  2018

zapisz do ulubionych